shamo blog

Twój nowy blog

43.

Brak komentarzy

Każdy wie, jak mocny są trunki Ranczera Lovebeera, ale nie każdy zdaje się o tym pamiętać. Niektórzy teraz wręcz o niczym nie pamiętają.
Ja tam wiem tylko, że gdzieś w międzyczasie upłynął kolejny postnuklearny rok męki na tym padole nie łez i cierpienia, ale fosforyzujących okolic i zmutowanych nowych znajomych. A propo nowych znajomych, to w mieście znowu ludniej się zrobiło. Jest nawet taki jeden nowy… Nieokreślony Bliżej Obywatel Kasparus, zrekrutowany w system administracyjny SHAMO, sięga ambicjami stworzenia jakowegoś organu organizacyjnego Życia Na Pustkowiach. W coś zwanego Rdzawymi Stepami. Nie wiem, chce być Szeryfem, czy co?
W każdym bądź razie propagandą ową miasto ostatnimi ciężkimi czasy żyje.
Kolejnym nowym nabytkiem jest Wolny Strzelec, niezmiernie kojarzący się z jakimś Obcym Nieznajomym. Trochę śmieszny taki. Zagadany został chyba na śmierć. Wiadomo, każdy powód dobry, by porozmawiać sobie o wymarłym rodzaju zwierząt domowych, tudzież kotów. Nawet Mruczący Niedźwiedź Cervantes patrzy przez palce na tę zbrodnię.
Życie wciąż kwitnie. Z nieba na głowy nic nam nie zleciało (prócz kaca mordercy), żadna bomba, ekhem, znaczy postnuklearna zima nas nie zaskoczyła.
Zastanawiam się tylko, czemu Fafik taki nadpalony chodzi. To jakieś fajerwerki były…?

42.

8 komentarzy

Wielka improwizacja, czyli święta w Shamo city.
Niestety, oprócz radskorpionów i mutaszczurów, nic w dzisiejszych radioaktywnych czasach nie rośnie. A już choinki na pewno.
Korzystając ze świątecznego gestu „No… ja” na placu głównym przyozdobiliśmy zielonego ghoula z problemami zdrowotnymi. To się nazywa mieć miłosierdzie :) Niestety nie bombami, a łańcuchami pstryczków z puszek po piwie, kolorowymi szkiełkami i cukierkami domowej roboty, od których nie dało się odpędzić Kazula. Po tym jak stracił wszystkie swoje trzy zęby na kruchych ciasteczkach Kelnereczki Teqili i Katji, mógł już tylko szamać cmoktałki.
Oczywiście tradycyjnie dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia i.. a tak, o tych kolędach to w sumie miałam nie wspominać. Skrybie DoPr’owi chyba kompot z suszonych geckosów lekko zaszkodził, bo zupełnie pomylił słowa :]
Opłatek lekko zgrzytał między zębami, a sernik który przybrana mama upiekła tak jakby był.. nie upieczony, ale ogólnie wieczerza (tylko dla niewielu ostatnia) była udana. Karpiopstrąg w tym roku był porządnie ubity (na śmierć) i nie pluł ośćmi, a raidersowskie uszka nawet pleśń nie tknęła i wspaniale smakowały z barszczem ze świeżych pomidorów.
Ktoś pijany zgubił plecak z amunicją koło choinki, więc spokojnie uznałam to za dar na rzecz mnie, tak zwany prezent. Tych butów co prawda nie zgubił w dosłownym tego słowa znaczeniu, no ale..
Fafik chyba miał największą radochę. Nikt nie zwrócił uwagi, że zaczął gadać trochę przed północą. A to że jadł ze stołu, to też nikomu nie przeszkadzało, dopóki nie wchodził łapami w talerz. Wchodzić sam przestał zresztą, po tym jak go Doc perfidnie pomylił ze świąteczną szynką i przez godzinę ganiał z widelcem.
Propo jedzenia, trzeba iść coś upolować z wspólnego przydziału, zanim inni się obudzą. Bo się obudzą, nie? Ech, chyba Cywil Lovebeer mnie nie posłuchał i jednak dodał coś do kompotu..

41.

3 komentarzy

Właśnie zwrócono mi słuszną uwagę.
Skąd ja bomby wezmę?
I to jeszcze takie kolorowe?
Choróbsko. Trzeba będzie granaty pomalować. I jeszcze jakieś łańcuchy skombinować… I lampki… Ale roboty, a tu jeszcze nawet choinki nie ma.
Co z choinką?
Czy wiedzieliście, że na postnuklearnej pustyni nie rosną drzewa? No, nie rosną. A dookoła Shamo tylko piach, zwłoki i hulający wiatr, co zacina piachem w oczy.
A mnie się śnieg marzy. Taki świecący w ciemności. Ale nie na zielono.
A no, i trzeba będzie ponownie kogoś spić i w strój św.Mikołaja wepchnąć. W końcu to już drugie Święta obchodzone w Shamo… Chociaż tych pierwszych to nikt tak naprawdę nie pamięta…

40.

8 komentarzy

Powiedziałam. Nie ma głupich. Chcemy choinkę!
Pan Pies ma pewnie własne, zgoła inne niż ja, powody, ale o to zdążymy się jeszcze pokłócić. Na razie decyzja została podjęta jednogłośnie. Chcemy choinkę, i już.
Przybrana mama puka się w czoło, ale Ranczer Lovebeer i Skryba Kroffa (który jednak nie został zjedzony) są mi wsparciem duchowym. Przynajmniej tak sobie to wymyśliłam. Samo przygotowanie planu działania jest połową sukcesu. Zostaje więc tylko ta druga połowa, czyli wykonanie. Ale, ale. Wszystko w swoim czasie.

Blablabla, znaczy PLAN.
1. robimy rozeznanie wschodniego terenu,
a) idziemy pomęczyć skrybów ze schronu,
b) zadajemy Skrybie Sajdonowi i Skrybie Spaceacowi mnóstwo bardzo dociekliwych pytań,
(psi dopisek) uciekamy, nim założą tymczasową koalicję i zaczną w nas rzucać ciężkimi przedmiotami.
2. robimy rozeznanie północnego terenu,
a) idziemy „delikatnie i z wyczuciem” obudzić sgt. Chewiego,
b) handlujemy i/lub kradniemy potrzebne źródło-niewysłowionego-bólu-Raidersów, znaczy jakąś spluwę,
(psi dopisek) próbujemy (niczym pieśń) wyjść z kantu cało i jeszcze oszczać nogawkę cmdr’a.
3. robimy rozeznanie południowego terenu,
a) idziemy do warszawskiej dzielnicy,
b) dręczymy Wojskowego Nico, aż nam pożyczy amunicję (oddamy, oddamy. Jeszcze tylko nie wiemy „jak”)
(psi dopisek) jemy nico’wski obiadek u Kelnereczki KATiuszy.
4. idziemy po zgodę od Szefa na samotną wyprawę w mało znane,
a) ładnie się łasimy
b) wylewnie dziękujemy
(psi dopisek) i w międzyczasie napastujemy jego gumową kaczuszkę.

Musi się udać.

39.

13 komentarzy

W końcu jest co jeść. Co prawda zniknął gdzieś Skryba Kroffa, no ale jakoś nikt specjalnie się tym nie przejął. Nie to żeby nie był lubianym obywatelem. Wręcz przeciwnie, wszystkim bardzo smako… ee, no.
Babcia w pamiętniku swym opisała ŚWIĘTA. Jako iż Skrybowie plączą się w zeznaniach na tenże zagadkowy temat, a sama babuńka popisała się wystarczająco rozchwianym pismem by pokolenia nie mogły jej zrozumieć – zapytałam przybraną mamę. Mama Obsydian trudziła się jakąś chwilkę przy szafie, nim z radosnym stęknięciem nie wydostała spod niej zakurzonego zeszytu. Owy zeszyt okazał się po części dziennikiem przeciętnego XXI wiecznego zjadacza chleba, a co ciekawsze – zawierał wyjaśnienie absorbującego mnie zagadnienia.

***
„(…) Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty. Oznacza to, że będę latał po sklepach, przepychał się przez spoconych ludzi z obłędem w oczach, żeby wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły.
Co gorsza, wszystko już kiedyś komuś kupiłem.

Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie kupię mu w tym roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic ponad tekst na etykiecie półlitrówki. Ciocia Jadzia rok temu ukontentowała się kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za tydzień kończył się termin ważności. W tym roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby krem przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden krem nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na kosmetyki całej kasy na Boże Narodzenie.

I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy program komputerowy, choć i tak wiadomo, że przestanie się nim zajmować po 48 godzinach, bo każda gra jest dla niego za trudna, Półmózg jeden. Żona będzie miała jak zwykle pretensje, że Kowalska z jej biura dostanie coś ładniejszego. W rezultacie kupię byle co – jak co roku.

Potem śledzik w pracy z ludźmi, których mordy są mi nienawistne, i patrzenie na męki szefa, który życzy nam „dużo pieniędzy”, choć wszyscy wiedzą, że dopiero wtedy byłby szczęśliwy, gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty łańcuchem do komputera. Krwiopijca jeden. Potem wszyscy się nawalą jak szpaki, a pan Henio obślini biust pani Bożeny z księgowości, zamkną się oboje w archiwum, bo oni zawsze walą się jak króliki, kiedy są naprani. Następnego dnia kac, w dodatku żona będzie robić wymówki.

Jeszcze tylko trzeba jebnąć w baniak karpia, bo małżonka – uważacie – wrażliwa jest i na męki zwierzątka nie może patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez zmrużenia oka, garbata owca.
Przynieść i przystroić choinkę. Z dzieckiem, „żeby miało ciepłe wspomnienia z dzieciństwa”, a ono w dupie ma choinkę, mnie, Boże Narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny może mieć jakiekolwiek wspomnienia?

No i kolacyjka wigilijna.
Rodzinna, mać ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co za kutas wymyślił ten łzawy termin „rodzinna wieczerza”? Przyjdą wszyscy ci, od których na co dzień trzymam się z daleka z dobrym skutkiem.

Usiądziemy za stołem… A nie, pardon, najpierw prezenty!
Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć, choć z góry wiem, że ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków dopełniłby liczną kolekcję podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś kosmetyki. Jakie – będę wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w pobliskim supermarkecie zaczną wyprzedawać to, czego nie udało się upchnąć ludziom. Po prezentach się zacznie.

Te same kretyńskie dowcipy wuja Bronka, zwłaszcza, kurna, ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego psa po to, żeby narzygał w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, „jak to dobrze, że trzymamy się razem”. Gówno prawda akurat, co wykażą następne dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już, zacznie wyzywać swojego ślubnego od złamanych chujów.
To oczywiście prawda, ale dlaczego popierać to rzucaniem w niego salaterką po śledziach? Mniejsza o jego mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze przez dwa tygodnie po Wigilii.

Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku 6-letnia latorośl kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie kolacji i nie zakomunikuje o tym radośnie jeszcze przed deserem. Bo to, że coś wywali sobie na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko muszę przeżyć
debilne gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście skoczą sobie do gardeł i na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula Jadzia puści maleńkiego pawika na ścianę koło swojego fotela i można będzie odtrąbić koniec męczarni.

A nie, byłbym zapomniał. Kolejną rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to religijna rodzina. No to pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą cholerę tłuc się po nocy, żeby stać na
mrozie w bezruchu przez godzinę czy więcej. Ciekawe, czy moja małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach kościółka – jak to robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W kościele, jeśli tam się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni tylko dlatego stoją na własnych nogach, bo za duży tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś beknie albo puści głośno bąka, ale i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo wszyscy drzemią na stojąco. Wracając trzeba tylko będzie uważać na chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka młodzież szczególnie lubi wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka Edka, ale on chyba tego nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę.

Wreszcie wychodzą z chałupy, wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych troglodytów jest najszczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka dni odpoczynku. Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się kolejny kretyński wynalazek – Sylwester.

Ludzie! Kto to wymyślił Już od listopada ślubna wydala z siebie idiotyczne pomysły, żeby pójść na „jakiś bal”. Jakbyśmy srali pieniędzmi… Albo żeby gdzieś wyjechać, gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod fikusem, będzie miała tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na balandze u Witka.
Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje, że to jakiś uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół budżetu domowego na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku po nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat w Somalii przez kwartał.

Ja się wbijam w garnitur, bo europejska cywilizacja wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na siebie marynarę, co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy postronek.
I tak mam przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i jazda, a małżonka kładzie sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do pierwszego stawu, a daje rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed konserwacją. I zajmuje ze trzy godziny. Łazienka, oczywiście, zajęta i wszyscy pozostali domownicy mogą szczać do zlewu, jak mają potrzebę, albo niech zdychają na uremię.

U Witka ten sam zestaw ludzki, ale czasem trafia się coś nowego, na czym można by oko zawiesić. Jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą chałupę, to ryzyko za duże. Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą doprowadza się do stanu, w którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być radosnym jak młody pies, szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w
tany, nawet jeśli ni pyty nie mam o tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy miotają się w konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli się z tydzień.
Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko, na co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego najlepszego, choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił czym prędzej.

Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu – rozmazane makijaże kobitek (najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie mordą w sałatkę), śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w kiblu. Norma. Ja, oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu. I tak zakończę ten najgorszy okres w roku… (…)”
***

ŚWIĘTA to chyba jednak nic fajnego..

38.

3 komentarzy

Wiecie jak to jest nie jeść przez kilka dni? Tak z 5, powiedzmy. Wtedy określenie „ponętne udo Kelnerki Teqili” przybiera nowy wymiar kulinarny.
Głupia wycieczka. Wychowawcy się zgubili już trzeciego dnia. No, ja przynajmniej wierzę, że to nie było porzucenie na pastwę losu, gdyż los w dzisiejszych czasach ma zabójczo urozmaicony repertuar.
Szlajaliśmy się z brygadą kolejne trzy dni, nim daliśmy za wygraną – nie znalazła się nawet kupa kamieni ułożona ręką ludzką, a co dopiero mówić o jakiejś wiosce.
I tak jakoś mało tłumnie było. Żadnego zabłąkanego raidersa, zwykłego kupca z niezwykłą obstawą i karawaną, czy Zjawiska Nadprzyrodzonego. No dobra, jedno podobno było, tylko ja je przegapiłam. Bywa. A o czym niby traktowało? Podobno jakaś czaszka (sic!) latała sobie spokojnie to tu to tam, ale ręki sobie nie dam uciąć, tak szybko się na nią rzuciliśmy. Przypominam teraz sobie, że ten posiłek rzeczywiście jakiś skromny był. I twardy. Ale kto głodny, ten nie wybrzydza. I nie filozofuje nad posiłkiem bynajmniej.
Po tym jak postanowiliśmy wrócić do miasta, zblakło trochę nęcące widmo kanibalizmu. Zawsze się zastanawiałam, jak ludzkie mięso smakuje. Ty nie?
Po tym jak wróciliśmy, okazja do postrzelania jednak była. Pół miasta rozkopano, w poszukiwaniu mojego pamiętnika. I z przyczyn technicznych raczej nie było to spowodowane kończącym się papierem toaletowym.
Pytałam „Jamniurka” (odkąd znalazł [ciekawe gdzie -_-] i przywłaszczył sobie lenonki wraz z czapką zrobioną na drutach, zgrywa hipisa) ale wymijająco udzielał odpowiedzi. Dopóki Wojskowy Jabot nie znalazł na miejscu przestępstw wyraźnych śladów pazurków, Jamniurek nie musiał spier.. uciekać w popłochu przede mną, niemalże w powietrzu wiosłując krótkimi łapkami. No ale. Jak mi przejdzie, to może dam się przekonać, że „to był tylko taki dżołk”.
Teraz idę się opłukać z kurzu i małych żyjątek, bo mum mówi, że „coś tu śmierdzi” i bezczelnie gapi się w moją stronę. Zero kultury osobistej. I to ja niby tyle czasu byłam w dziczy. Co za rozbestwiona macocha. Trzeba będzie pogryź jej buty i poślinić bluzkę. Potem będzie można spokojnie wrócić do cywilizacji. Bzzzzt, przepraszam, pomyłka, do Shamo.

37.

11 komentarzy

Hurray! Jedziemy na wycieczkę szkolną!
A właściwe to ewakuujemy szkołę na parę dni, bo jest położona blisko Nowej Warszawy, co się szumnie republiką zwie. A co to za owa Nowa Warszawa? Produkt PrawieMałżeństwa: Wojskowego Nico („wrrr, zostaw, moja kobieta!”) i Kelnerki Katiuszy („okazja! oddam go za pół darmo! Magazynek dorzucę!”). W skrócie – dzielnica w Shamo, objęta ciutes innymi prawami dotyczącymi użycia broni palnej i.. Znaczy – najwięcej oszołomów z siedziby Guns n’bullets biega do niej by się odstresować… Znaczy – zabić kilku znajomych, eskortować jakiegoś prezydenta, etc. W porze Ochłodzenia (tak tak, Mutobociany już odleciały) Miastowi zestresowani bardziej są niż w Ciepłych porach, kiedy to więcej (Kazul :„starczy dla każdego, nie pchać się”) Raidersów napada na nasze piękne miasto. Nie ma co się dziwić.
Ewakuacja zarządzona.
Oh, nie to żeby szanowny Bur del Mistrz Kazul troskał się o bezpieczeństwo swoich młodszych podopiecznych. Po prostu poległ w walce słownej z Nauczycielami, którym nie podoba się, że widzą swoich uczni za oknem (to się nazywa: siły natury), a nie w klasie. Bywa.
I tym sposobem, jedziemy na wycieczkę krajoznawczą, poznać wszystkie zadupia pustkowi. Dobrze, że Obywatel Lovebeer z nami jedzie, to może nam w drodze wydestyluje coś z geckonów. Eee, no, żeby zimno nie było i ten tego… Wszystko w celach zdrowotnych.
Tak czy inaczej, zakopuję teraz elektroniczne pudełko, coby nikogo nie korciło i grzecznie doczekało mojego powrotu. Miejmy nadzieje, że Mruffki pamiętnika nie zeżrą, ani wielki mum nie dopadnie, ani trzęsienie ziemi, ani powódź i w ogóle, żadne tego typu kataklizmy. Amen.

36.

10 komentarzy

Oh i ah, a nawet eh.
Jakiś frajer rąbnął mi elektroniczną skrzynkę. Zabiłam go co prawda dlatego, że pluł jak mówił (no co, nie lubię jak ktoś pluje przy mówieniu. Wycieraczki mi się zacinają. Nie no, nie przejechałam go specjalnie. No, może troszkę. W końcu na masce wisiał dość długo. Tak, miałam bardzo stresujący dzień. Jakieś miłe momenty od życia mi się należą, nie?) a po ograbie.. eee, przeszukaniu pozostałości (po nim), znalazłam swoją własność. Szok normalnie. Gdybym tak wiedziała wcześniej, to urządzilibyśmy z miastowymi jakieś polowanko, czy cuś. Ale i bez tego w Shamo dużo się dzieje (tak tak, powoli nadrabiamy zaległości). Np. płeć brzydka rozwala na trybunach Thunderdome bardzo filozoficzny problem hip-po-hopu, i zaczynam szukać potencjalnego medyka, co by uśmierzył wszystkie bóle. A przynajmniej przyciszył lekko Vermina i jemu podobnych. Kelnerka Katja (co ją zobaczyć można w różnych odsłonach właśnie tu) co prawda zagląda tam, a wiadomo, że z pustymi rękoma nie przychodzi, więc nie powinnam w sumie się martwić. Co najwyżej podłapie się później fuchę przy kopaniu dołów (znaczy: zgłosi się na ochotnika przybraną mamę).
Ostatnimi czasy zajmowali się graniem (w przeważającej części na nerwach), więc te zamieszki to chyba efekt końcowy ich brzmienia. I ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Elvis żyje?
Wojskowi jak zwykle również się zagrywają. Szczególnie Wojskowy Nico daje się we znaki swoją Nową Warszawą. Nad nim też czuwa Kelnereczka Katja (Kelnerka Katiusza wzięła urlop zdrowotny, czemu wcale się nie dziwię).
Po rozlepieniu na wszystkich możliwych ścianach w Shamo, kampania Mamy Obsydiana posunęła się do przodu. I tak, postronni Podróżni mogą teraz nie tylko ujrzeć nasze facjaty, ale i trochę o poszczególnych ‘most wanted’ poczytać.
Poza tym, ciągle nas przybywa w naszym małym mieście. Nowym nabytkiem jest Szukający(WiedzyAlboGuza) Morley, który zapewne na wielkiego historyka albo pospolitego pismaka (Fafik mówi, że to to samo) się sposobi. Męczy co starszych pytaniami w stylu ”Kiedy to się zaczęło?”. Wertuje nawet często naszą wielką księgę pod czujnym okiem Wojskowego Gerarda Heime.
A propo ksiąg, to ostatnio nawet pornole i CIEKAWOSTKI ZE ŚWIATA się pałętają po ulicach.. Chodzą coraz intensywniejsze ploty, że do nich komiks dołączy!
To, a jak również artystyczne zapędy Ranczera Lovebeera może okazać się.. kulturotwórcze, co najmniej.
Aż strach się bać.

35.

Brak komentarzy

Dzisiaj część męska miasta jakoś dziwnie odświętnie chodziła ubrana, jakby czekając na coś. Na jakieś życzenia z okazji Dnia Samca, czy (jak już wcześniej stwierdziłam) ‘coś’… Naiwni.
W Cat’s Paw kelnereczki dzisiaj obsługują Wojskowego Grigorija, bo podobno starszy się dziś zrobił i trza to opić. Ja się tylko czasem zastanawiam, kiedy oni trzeźwieją… Jajnik_Ale_Z_Jajami mówi, że nie trzeźwieją. Że to było by nie ekonomicznie. No cóż, pewnie ma racje (nie wiem tylko czemu uparcie dodaje, że jego tata był dentystą).
Ponadto zapanowała moda na Dowód Osobisty (ewentualnie Profil), czyli plakietkę wypełnioną danymi i władze Shamo autentycznie rozpatrują sprawę. (A przybrana mama ciągle mówi, że taka zajęta jest, że z przykrością to stwierdza, ale nie może wysłuchać wszystkich moich trosk, smutków i żali.) (Tylko niech mi nikt nie próbuje powiedzieć, że już mnie mama nie kocha.) (Kilka sprawnych filipinek mam jeszcze w zapasie i nie zawaham się ich użyć.)
Przypadkiem się ostatnimi czasy natknęłam na rozmowę na temat podniesienia poziomu kultury (hehe) w mieście, a to za pomocą Wojskowego Jabota (co to chyba nie zabił nikogo ostatnio, bo zaczyna mieć za dużo wolnego czasu który poświęca na myślenie). Wpadł on bowiem w twórczy wir i począł tworzyć KOMIKS. Ciekawostka przyrodnicza, typu „pomarańcze”. Ech, zjadło by się coś takiego… a nie tylko te nadziewane dżdżownice… Tak w ogóle, to przed reformami czernobylskimi chyba się nie jadło dżdżownic (ostatnie odkrycie któregoś ze Skrybów). Dziwne. Co więc oni mieli za smakołyki?

mum

6 komentarzy

mum tu była :P

P.S. i rewolucje zaczyna … uważać na głowy :D


  • RSS