shamo blog

Twój nowy blog

Dzielna an_ge wraz z dzielną Katiuszą i prawie równie dzielnym brytolem… brytalem… a, Britishem, dotarli wczesnym świtem na pola ziemi obiecanej wcale się przy tym nie zgubiwszy dwa razy; przedarli się przez morze ostów, omijając zdradzieckie doły i niewidzialne miny, po czym zasiedli w cieniu drzew wysokich w celu otworzenia puszek i uraczeniu podniebień boskim płynem.
I tak to się, mniej więcej, zaczęło.
Reszta, już nie tak dzielnych, wojów pustkowi pojawiła się niedługo po pierwszych oznakach zniecierpliwienia spowodowanych brakiem piwa. Zaowocowało to skapitulowaniem kilku porządnych mrowisk w walce z zaimprowizowanym flamethrower’em i wyturlaniem małego placyku w wysokiej trawie. Następnie zaczęto sprowadzać siłą umysłu pozostałych imprezowiczów oraz skrzynki. Skrzynki skrzynki. Nie wiadomo kiedy pierwsze namioty stanęły dając początek małej osadzie, która z każdym dniem nabierała cech zdziczenia i zwyrodnienia jej mieszkańców. Kawałek pobliskiego lasu został wykarczowany za pomocą zębów Nurka i siekierki Rhotaxa, a także duchowym wsparciu wszystkich tych ludzi, którym ruszyć z gleby się nie chciało, tak więc wesołe ognisko wesoło zapłonęło, unicestwiając dobrych kilkadziesiąt bogu ducha winnych ślimaczków.
I gdy już ciemna noc zapadła przyszedł czas na powtarzanie w pamięci ksywek ludzi stojących/leżących/biegających dookoła. Zaskoczenie było miłe. Odsetek kobiet okazał się zaprawdę wysoki. Oprócz wspomnianych już wyżej dwóch oszałamiająco pięknych dziewoj, znalazły się również inne okazy płci szlachetniejszej; była Agnieszka, była Ważka panna, była Laurana wraz z dwoma towarzyszkami ciemnowłosymi, była Gecko chwil kilka, była Kacza zdecydowanie dłużej, ruda Monicure, Ewka, Mysza, kobieta Lisska i… kilka tych młodych okazów zdrowia co przybłąkało się na noc jedną, a których poznać osobiście dane mi nie było. Chwali się, chwali. Popatrzeć na co było i oko zmęczone na czym zawiesić. Co prawda Trefl, Saluś, Nesfor, Zły, Kapral i Karton…Kafel…Kamizelka…a ta, Kaftan, dużo szumu robili, no ale… Można dać się postrzelić.. w Wietnamie…, można dać się zgwałcić – ale jeśli nie jest się „dziwką bez szkoły” to „ni chuja”. No, zawsze jeszcze można być białym psem z irokezem którego dotknęła plaga głodu i szerszeni, wtedy również stanowi się ciekawy widok. Ale to już inna historia.
Po długim i wciąż na nowo podejmowanym tematem chwalenia się własną bronią, głośnym bekaniu i wykonywaniu innych równie okropnych czynności nie przystających eleganckiemu towarzystwu, paleniu mięsa nad ogniem, łamaniem kijów metodami znanymi jedynie himalajskim mnichom* (*„jajami” i „o dupę” – przyp. autor), tworzeniu nastroju w postaci opadów radioaktywnych, osuszaniu Arizony oraz obfotografowaniu wszystkich i wszystkiego co ma głupią minę, kompania grillowa poległa na czas nieokreślony.
Poranek okazał się dwojaki. Znaczy, zimny i odwodniony. Szybko jednak niemiły ten stan uległ zmianie.. przechodząc w… no cóż, moje odczucia zdecydowanie są ambiwalentne. Pomijając bezczelne znęcanie się nad młodymi fokami polegające na polewaniu ich wodą (brrr), piwem (kewl kewl), mordowaniu glanów i nowo upieczonych kiełbasek, robieniu zdjęć i filmów porn… rozwodowych oraz ..różnych dziwnych akcji nadających się jedynie do ocenzurowania, było wesoło. Weselej zdecydowanie, gdy młode foki przygarnął jeden z namiotów i sadystyczna uciecha przeniosła się na przedstawiciela płci brzydkiej. Ale o tym ze względu na potencjalnie młody wiek odbiorców należy nie rozpisywać się również. Były wypady nad jezioro i do sklepu – z rzeczy grzeczniejszych. Więcej grzechów nie pamiętam.
Pod wieczór sobotni GrillParty nabrało rozmachu właściwego GrillParty. Znalazły się jakieś tłumy obcych ludzi które przyniosły sobie drzwi drewniane i styropiany (z pomocą weterana Gabera), nastąpiło wspólne odśpiewywanie wielkich hitów stulecia (w których genialnym refrenem było „sialalala-la”), strzelanie do puszek i zabłąkanych owieczek szukających WC, wcinanie chrupek, duszenie wiankami z chabrów (nowej broni specnazu), cykaniu kolejnych fotek przez zapalone Mangusty i inne takie, rytualnym wypieprzaniu w kosmos wielu pojemników pod ciśnieniem ku uciesze zgromadzonych, piromańskich testach wytrzymałościowych grilla, i tak dalej, i tak dalej.
Kryzys nastąpił gdzieś tak około drugiej w nocy, gdy browca zabrakło, ale dzielni towarzysze pokonać się nie dali i imprezowali jeszcze krztynę. Rankiem… ah, te ranki. Rankiem okazało się, że dwa piwa zostały przemycone i jednak wbijania zębów w choinki nie będzie.
Południe zmiotło większość luda i tylko najtwardsi doczekali zbawczego deszczu. Po czym.. rozjechali się na cztery strony świata, by głosić jak to na GP2004 było zajebiście :P
Szkoda tylko, że Raidersi trzymali się z dala… ale wszystkiego mieć nie można. Chyba. Dowiemy się za rok?

dowody
prawie
rzeczowe

50.

1 komentarz

Wojna. Wojna wydaje się być kobietą, choć podobno się nie zmienia. Kosztowna, kapryśna, działa niczym magnes na chłopców. I właśnie owi chłopcy sobie jedną wywołali, z radosnym ściskoszczękiem.
Mówie wam, aaaleeee byłoooo. I tuuuu i taaaam! I jeszcze po tyyyym! Ciach! Buuum! Iiiiiii! Jaaaaałłłł! Ziuuuum!
Krucjata. No dobra, krucjatka. Ale była. I sądząc po minach niektórych, jeszcze być może. W końcu nikt nie poległ i krew nie ostygła. Dzielny opór i upór. I tyle radości. Tyle tajnych planów i spotkań. I smak zdrady!
No ale. Przybrana mama kazała mi siedzieć w domu i się uczyć. Wiecie. Matura. Taki żart sytuacyjny.
Miałam wreszcie czas by przeglądnąc swoje kolorowe obrazki które zakupiłam za ciężko ukradzione kapsle. Okazało się, że nie ja jedna fascynuję się przedprzedprzedwojennymi mutantami. Te dzisiejsze już nie są takie fajne, choć Fafcio twierdzi, że smakują tak samo.
Wiadomości lokalne: Burżujom wydzielono dzielnicę w Shamo, ale wpływ, niczym radiacja, mają na całą społeczność. Czego pierwsze efekty już widać. W Cats Paw zaczęto już serwować dania mięsne. Pewnie dlatego tylu nowych przyjezdnych wybiera pustkowia.
Tajny rządowy projekt Skryby Przemo_lub_nie’a stał się tym tajniejszy, że Skryba owy wyjechał zwiedzać okolice. Skryba Kaczor zajął pokornie jego miejsce, więc nikt nie jest na tyle głupi by szukać ciała. I zima, zima znów nastała.

49.

6 komentarzy

Nic nie jest takim, jakim być powinno.
Defetyzm.
Część Shamowiczów wylazła na pustynie z leżaczkami i grzeje swoje przeszczepy w przebłyskach słonecznych, dając kolejną szansę rakowi skóry.
Pozostali siedzą w czterech ścianach, nerwowo obgryzając resztki paznokci, i męczą wzrok małymi literkami wypalając ostatnie szlugi.
I tak naprawdę, to jeszcze nikt nie wytłumaczył mi, po co komu ta MATURA.

Nie. To wszystko należy spalić.
Nuda nuda nuda nuda.
Nawet nie sezon ogórkowy.

3.
Patrzyła na krztuszącego się mężczyznę. Plam na ciele nie dało się już ukryć pod garniturem. Jeśli nie dzisiaj, to najdalej jutro w południe, miała wybić jego ostatnia godzina.
Tak sobie myślała, nie czując nic.
Krztusił się jeszcze trochę, nim w końcu znieruchomiał. Z jakąś dziwną fascynacją obserwowała kropelki krwi drżące przed chwilą na jego ustach.
Wstała ze swojego legowiska jakie dla niej dawno temu urządził i wsunęła mały pazur w otwór zamka. Podniosła zapadkę i pchnęła metalowe pręty.
Nigdy się z tym przed nim nie zdradziła. Pozwalała mu wierzyć, że poprzez tą symboliczną obrożę i klatkę w jakiej kazał jej sypiać, ma nad nią władzę.
A może…? Czy przywiązanie nie jest formą miło…?
Nie, nie chciała się nad tym zastanawiać. Pan S., największe zło tej przesiąkniętej krwią i potem ziemi, umarł właśnie w swoim łóżku. Nie od rany postrzałowej, nie przez zdradzieckie pchnięcie nożem, nie przez zatrute jedzenie czy wino. Nawet nie z powodu wyrzutów sumienia. Starość go zabiła. Prawie pięćdziesiąt lat przyjmowania małych dawek promieniowania pod każdą postacią. To właśnie była starość.
Miała teraz dylemat.
Mogła uciec i zostawić cały ten bajzel do posprzątania innym. Oczyścić siebie. Zapomnieć o tym wszystkim. Odszukać miłość swojego życia. Tak, tego nie mogła wybaczyć Panu S. Że nie pozwolił jej szukać.
To jednak, mimo iż ogromnie kuszące, było na dłuższą metę nierentowne.
Mogła też zostać i przejąć niewolnicze imperium. Nie było by to trudne na początku, mało osób nie czuło respektu przed jej naturalnymi zdolnościami do robienia krzywdy wszelkiemu stworzeniu. Z czasem jednak, znalazłby się ktoś na tyle charyzmatyczny, by pociągnąć za sobą większą grupę Handlarzy i „urządzić odpowiednio ten wybryk natury” jakim była. Albo jakiś „bohater” próbujący uczynić ten kawałek świata lepszym i bezpieczniejszym miejscem.
Mogła zaryzykować. Znała się na tym. Miała dobrego (bezwzględnego, sadystycznego, bezlitosnego, zimnego, bestialskiego, …) nauczyciela. Pierwsze co musiała by zrobić, to zabezpieczyć swoją pozycję pod każdym możliwym względem. A to kłóciło się trochę z pierwszym „mogę”… Dochodziło więc, „czy potrafię”.
Czy potrafiła..?

5.
- Wiesz, znałam kiedyś mężczyznę… Był inteligentny… Umiał szybko dodawać nawet trzycyfrowe liczby… I rzadko się mylił… – Kotka z namysłem sięgnęła po koszulkę i powoli zaczęła ją z siebie ściągać. – Wyrażał się… rozumiesz? On nie „mówił”, on się „wyrażał”… Można go było słuchać godzinami… To znaczy, pod warunkiem, że by przez te godziny… Ach…
Westchnęła nagle, gdy jego usta dosięgły jej brzucha. Miał zimne wargi, a mimo to poczuła nagłe ciepło.
Bez wysiłku odepchnęła go z powrotem na materac.
- On był taki… taki inny…
Młody chłopak parsknął sarkastycznie. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Hej, mała, „inny”? Kto według ciebie jest „inny”? Wyglądał jak pies, czy co? – roześmiał się nieprzyjemnie, lecz wcale jej to nie przeszkadzało.
Opuszkami palców o długich i ostro zakończonych paznokciach przejechała po swoich biodrach, płaskim brzuchu. Wyżej, wyżej aż do szyi. Delikatnie pomasowała wrażliwe miejsca za szpiczastymi uszami, odchylając przy tym głowę. Nie musiała patrzeć, jak chłopak ślini się na widok jej pozbawionych sierści, pełnych piersi o różowych sutkach.
Zawsze ją to zastanawiało. Nie, nie dlaczego przedstawiciele tego gatunku tak reagują na ten widok. Zastanawiało ją, czemu nie są jasnobeżowe. Skoro sierść była w kolorze piasku, to naturalną koleją rzeczy było…
Nie mogła się skupić, gdy tak ją całował. Wiedziała, że nie może go za często odpychać. Bardzo ją jednak korciło.
- Dziwna wóda – mruknęła, z niedostrzegalną irytacją sięgając do nocnego stolika. A przynajmniej do zniszczonego kawałka kartonu stolik udającego, na którym po kilku próbach udało jej się ustawić dwie butelki.
- Kobieto! Toż to jest wino! PRZEDWOJENNE! – zawołał z urazą, błyskawicznie odrywając się od przyjemności. W życiu nie chodziło przecież tylko o panienki.
Spojrzała na brudną etykietę z powątpiewaniem. Jakieś dawne wspomnienie uparcie chciało wydostać się na powierzchnię świadomości. Wychyliła duszkiem około jednej trzeciej zawartości przezroczystego szkła. Kilka kropel pociekło jej po podbródku.
Cieszyła się, że ten budynek nie ma dachu, i że może oglądać gwiazdy. Sufity miały swoje plusy, lecz były zdecydowanie mniej interesujące. Nawet gdy patrzyło się w nie kilka minut, nim „ciało”, jak zawsze określała w myśli Niepopromiennych, nie skończyło swej roboty. Czasem zapalało potem papierosa, śmierdzący kawałek papieru z jakimś brunatnym zielskiem w środku, czego szczerze nienawidziła.
Na szczęście Szybki Janek był… po prostu szybki, i nie miał tego wstrętnego zwyczaju.
Gdy już upewnił się, że nie zamierza rzucić butelką o ścianę, powrócił do tematu przewodniego tego spotkania.
- Ekhem.. czy tam.. ekhem, czy tam na dole też jesteś…?

1.
Pogładził Kotkę po głowie, niemalże z czułością. W końcu była jego dzieckiem… Nie. Jego uczniem… Nie. Jego tworem. Tak. Stworzył ją. Może od samego początku, gdyż jej wygląd musiał być dziełem tego przeklętego promieniowania, ale czuł się bogiem, gdy tak na nią patrzył. To jemu zawdzięczała… on ją odnalazł… koło… koło starego Gorzowa…
Pan S. skrzywił się lekko. Coraz trudniej przychodziło mu przekładanie myśli na słowa. Natychmiast jednak się opanował, bo oto do jego gabinetu wprowadzano kolejnego Handlarza przyłapanego na szwindlu, który nie wiedział nawet, że kumple już go wsypali za marne gorsze.
Starszy automatycznie wyprostował plecy. Jeden z jego pierścieni nieszczęśliwie zaplątał się w jej sierść i przypadkiem szarpnął mutantkę.
Nawet nie mruknęła. Tak ją sobie wycho… wytrenował.
Każdy inny człowiek na jego miejscu leżał by już teraz w kałuży własnej krwi i próbował gorączkowo łapać swoje wypływające jelita.
Poczuł dekadenckie zadowolenie, a przyprowadzony Handlarz przez chwilę wierzył, że to tylko rutynowa połajanka.
W końcu, Pan S. rzadko się uśmiechał pod nosem kiedy chodziło o sprawy poważne.
- Henry, Henry… – zaczął szef gildii niewolniczej i pokręcił pobłażliwie głową – Ile to lat już dla mnie pracujesz..?
- Dziewięć, Panie S. – odparł Henryk usłużnie, próbując nie patrzeć na kobietę siedzącą przy kolanach starszego mężczyzny.
- Ach, dziewięć.. Hmm, to już długo, Henry. Tym bardziej jestem zdumiony twoim.. twoim wybrykiem.
Henryk ‘Trzy palce’ nadstawił ucha.
- Przecież dobrze ci płacę, pozwalam.. bawić się.. z co starszymi niewolnicami i przymykam oko na pewne rezultaty z tego wynikające. – Pan S. gestem nakazał mu ciszę – Henry, Henry.. Przez ciebie straciłem tylko w tym miesiącu… już dwie służące. Nie wspominam już, ile posiniaczonych i skopanych musiałem odstawić do miasta… A ile nowych ty sprowadziłeś, hmm?
Handlarz chciał coś powiedzieć, ale szybko się powstrzymał, widząc że to pytanie należało do tych „retardadycznych”, w których tak szef się lubował. Nie należało na nie odpowiadać. Wręcz należało się zapaść po nich pod ziemię, oszczędzając sobie kłopotu z kopaniem własnego grobu.
- Henry, pragnę wierzyć, że zrozumiałeś swój błąd. Naprawdę. Że poprawisz się. Ze względu na stare dobre czasy… – mrugnął porozumiewawczo, wskazując na kobietę u swych stóp. – Weź ją sobie na dzisiaj i nie szalej więcej z innymi niewolnicami. A teraz idź. Kocica pokaże ci drogę.
Odetchnął z ulga, przygotowując już w myśli plan szybkiego urżnięcia się podłym trunkiem.
Mutantka, bosa lecz w skórzanej spódniczce i bawełnianej bluzce o trzy numery za małej, z wdziękiem wstała z podłogi i stanęła przy nim.
Kiedy już byli przy drzwiach, zerknęła kątem oka w stronę Pana S, chcąc upewnić się, że ma odprowadzić Handlarza do pokoju z linoleum.
Pan S. nie cierpiał plam krwi na swoich drogocennych dywanach.
A ona nie cierpiała, tych „ostatnich przysług”. By zmyć ten brud, nawet skażone morze za mało miało wody. Ale Pan, był panem.

4.
Usłyszała i rozpoznała jego głos. Serce zaczęło gwałtownie podchodzić do gardła.
Budynek był stary i zniszczony, gdyż nikt już nie zajmował się wznoszeniem tego typu konstrukcji ani ich renowacją. Pewnie nawet kiedyś okrywała go łuszcząca się farba. Teraz już nawet jej nie było. Nowa Republika Warszawy, po gwałtownym rozwoju, znów przeżywała lata nędzy i głodu.
Musiała się uspokoić. W końcu nie miała żadnej pewności, że ją pamięta. A tym bardziej, że zechce z nią wrócić do Okręgu i… i, zwilgotniały jej aż ręce.
Zrobiła kilka głębszych wdechów. Weszła do środka, omijając po drodze stertę szmat i jakieś zdechłe zwierzę. Ciemny korytarz nie stanowił problemu dla kocich źrenic. Problem stanowiły motylki w jej brzuchu.
Stał tam. Z aureolą słonecznych promieni przebijających się przez szpary desek którymi zabite były okna, i wyłomy w ścianach. Z uniesionymi dłońmi i lekkim uśmiechem na ustach.
Odprawiał kazanie. Syn szefa gildii niewolników był… kaznodzieją. W dodatku, stukniętym.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jedynym słuchaczem pana Michała, był pijak okryty gazetami, pochrapujący w kącie.
Poczuła, że uginają się pod nią nogi. Potem miał przyjść czas na rozpaczliwą wściekłość i dziką furię.
Czy Pan S. wiedział? Czy dlatego nie pozwolił..? Czy…
Miauknęła przeciągle, w jednym dźwięku zawierając całą swą boleść.
Mężczyzna który przestał się myć i golić pokolenie temu, dopiero teraz ja zauważył.
On także zawył. Ale ze strachu.
- Demonie precz! Szatana pomiocie! Zaklinam cię! Się nigdy nie ulęknę… ee, a rogi masz gdzie?
- Rogi? – absurd sytuacji na chwilę odjął paraliżujący nerwy ból.
- Tak tak tak, demony rogi mają. Tak tak tak tak. – z wielką skwapliwością pokiwał głową.
- Nie jestem demonem. Jestem Kotką. – westchnęła, czując że jest jej tu za duszno.
- A ogon? Ogon masz?
Tak, teraz nadchodził czas furii. Zdecydowanie dużymi krokami.
- Nie! Nie mam żadnego ogona! Jestem kotem, koty nie mają ogonów! – wrzasnęła i odwróciła się na pięcie by zaprezentować swój zgrabny tyłek. – Widz…?
Mężczyzna rzucił się na nią z kawałkiem stłuczonej butelki, którą wyciągnął spomiędzy fałdów szmat, gdy tylko się odwróciła. Jego wrzask ją uratował. No i nieludzki refleks.
Odruchowo chwyciła jego przegub, na chwilę przed tym, jak szkło miało wbić się w jej nerkę. Wyprowadziła cios drugą ręką w łokieć. Mężczyzna zdziwił się, nim zaczął wrzeszczeć z bólu. Dotąd jego łokieć nie zginał się w tę stronę.
Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby nagle do pomieszczenia nie wpadła starsza kobieta. Stanęła jak wryta. Ona także.
Kotka patrzyła wprost w najbłękitniejsze oczy pod słońcem. Potem przełknęła z trudem ślinę i odezwała się
- Nie zabiję go. Sama to będziesz musiała zrobić.
Największym wysiłkiem woli zmusiła się do ruszenia z miejsca. Przeszła obok wciąż nieruchomej kobiety, ukradkiem wdychając jej zapach. Wciąż specyficzny.

2.
Siedziała na piasku, próbując wyglądać na osobę zupełnie nie zainteresowaną rozmową mężczyzn. Miała w tym już niejaką wprawę. Część Handlarzy nie wiedziała nawet, czy mutanci rozumieją „ludzką mowę”. Czasem było to pożyteczne. Jak teraz, na przykład.
Mężczyźni, choć szeptem, rozmawiali na temat… pana Michała!
Tak długo czekała, by chociażby usłyszeć to imię z ust innych niż własne… Jakiś znak, że jednak nie zginął, że udało mu się gdzieś…
Usłyszała wołanie. Zerwała się z miejsca i błyskawicznie znalazła przy Panu S. Przyklękła jak zawsze, by mógł położyć swoją dłoń na jej głowie.
Pan S. właśnie kończył oprowadzać równie bogatego co tłustego, pana włości „Zakopane”. Był to kuzyn właściciela polskich obozów pracy, żartobliwie nazywanego ‘Panem Wielkiej Orkiestry’.
- Nowy towar – powiedział wskazując na wygłodzoną bandę, może sześcioletnich, dzieci.
Nie krył się nawet ze swoim chorym pożądaniem.
- Kotku, zorganizuj dla pana Osika jakąś.. rozrywkę. – Pan S. postukał w jej obrożę.
Przez chwilę nie mogła uwierzyć w wydany rozkaz.
Każdy skrawek jej ciała protestował przed tym okropieństwem. Każdy fragment duszy wzdragał się przed wykonaniem polecenia.
Dzieci stały ściśnięte, przerażone. Brudne i zmęczone długą i trudną podróżą. Jedna tylko dziewczynka patrzyła wprost w oczy Kotki z jakąś dziwną determinacją.
Może jej się zdawało, ale czyż nie miała ona jasnoniebieskich oczu…? Czy nie widziała już jej gdzieś wcześniej? Dużo, dużo wcześniej..?
Ręka Pana S. na krótką chwilę mocno zacisnęła się na obroży, podduszając lekko kobietę, zmuszając do posłuszeństwa.
Kotka przytaknęła ostrożnym ruchem głowy. Zmusiła się do przełknięcia śliny, nim wrzasnęła na całe gardło
- UCIEKAJCIE! SZYBKO!
Dzieci się nie wahały. Kotka przewidziała miejsce. Niepojęty instynkt przeżycia pchnął je do szukania dróg ucieczki dokładnie tam. Nie przeciągnęła się. Chciała zakończyć to jak najszybciej. Żadnego teatru.
- Co się dzieje?!! Co się kurwa…
Grubas panikował, ale Pan S. miał wszystko pod kontrolą.
Ona nie musiała się martwić o polityczne i ekonomiczne następstwa decyzji Pana.
Musiała tylko martwić się, czy te zaskoczone, pełne bólu spojrzenia, czy te niewinne twarze masakrowane pod jej pazurami i wciąż wznoszące się krzyki mordowanych, dadzą jej dzisiaj zasnąć. Czy dadzą jej zasnąć w ogóle.

6.
- Wiesz, znałam kiedyś mężczyznę… Mówili na niego Pan S. „Pan Syn s Suki”. Zabawne, nie wiem dlaczego… Myślisz, że jak mnie nazwą?
- Fajny lakier.
- To nie lakier. To słodycz życia – roześmiała się, zlizując zeschniętą krew z pazurków. – Ale na serio, jak myślisz? Jakim Panem będę ja?

Początek.
Znaleźliśmy ją z ojcem jakieś trzydzieści zachodów słońca temu. Pachniała specyficznie.
Trudno mi określić jej wiek, może coś około lat dwudziestu… nie wyglądała doprawdy na starszą. Na doświadczoną życiem, jak powiedział ojciec, ale nie na starszą.
Co od razu rzuciło mi się w oczy, to to, że miała głowę ogoloną na łyso. Później zapytałam czemu, a ona odpowiedziała, że wszystkie dziwki muszą golić głowy na łyso, bo mogą się zarazić wszami, a dezynfekcja w obozie pracy nie jest czymś przyjemnym. Zapytałam najpierw, co to jest „dziwka”, ale chyba nie uwierzyła mi, że nie wiem. Chyba się nawet wtedy po raz pierwszy zirytowała. Zapytałam o owe „wszy”, ale nie umiała mi tego pojęcia wyjaśnić. Nie za dobrze posługuje się naszym językiem. Ojciec mówi, że musi ona pochodzić z bardzo dalekiego południa. Spytałam jeszcze o dezynfekcję i obozy. Odpowiedziała, że nie chciałabym wiedzieć, więc nie wiem.
Zdaje się, że nie przeszkadza jej mój wygląd.
Była bardzo pobita gdy ją znaleźliśmy. Powiedziała, że to przez to, iż nie chciała uszczęśliwić mężczyzny, który ją prowadził ku morzu. Ona tak bardzo chciała zobaczyć morze… Nie wiem czemu. Czy ludzie na południu nie mają morza? Ojciec mówi, że chyba nie. Ja z kolei chciałabym zobaczyć te duże trójkąty których ona nie umiała określić słowem, więc narysowała palcem w powietrzu. Coraz lepiej jej szło z mówieniem i żałuję, że odeszła. Powiedziała, że to konieczne. Że naraża nas na niebezpieczeństwo.

Rozwinięcie.
Dwanaście wschodów słońca temu, zobaczyłam ją przypadkiem w towarzystwie pana Michała. Poznałam, że to ona, chociaż miała na sobie całkiem ładną sukienkę, no i nie była taka brudna i posiniaczona. U nikogo innego nie widziałam wcześniej tak niebieskich oczu. Chyba pan Michał też nie, bo szedł wpatrzony w nią, jak w obrazek.
Ojciec mówi, że jego dziadek opowiadał mu kiedyś o „lodzie”. Czysto błękitnym krysztale, niezwykle cennym ze względu na właściwości. Podobno „lód” najpierw był zimny i twardy, a potem naśladował wodę. Prawdziwą wodę, nie tę którą teraz pijemy, a już na pewno nie taką w której się myjemy. Myślę, że gdybym nie zobaczyła jej oczu, nie potrafiłabym sobie wyobrazić „lodu”.
Jak na osobę słabo rozumiejącą nasz język, zadawała ona dużo pytać. Musiałam jej opowiedzieć, czemu w naszej wiosce nie ma kobiet i młodych mężczyzn. Najlepiej jak umiałam, nakreśliłam jej Panów Okręgu Trójmiasta. Słuchała skupiona w milczeniu, niezbyt dobrze ukrywając grymas obrzydzenia. Dopiero gdy mimochodem wspomniałam o panu Michale, synu Pana S. wydała się być autentycznie zaciekawiona. Ucieszyło mnie to, gdyż bardzo lubiłam opowiadać o panu Michale. Byłam jego cichą wielbicielką. Cichą, bo ojciec zupełnie zdawał się tego nie pochwalać. Owszem, on również czuł respekt przed mądrością pana Michała i nie raz po pijaku wymknęło mu się, iż byłby on lepszym Panem od Pana S, ale i tak niezbyt go lubił. Powtarzał, że „pewnie to łotr taki sam jak jego tatuś, jeszcze tylko o tym nie wie” i takie tam, bardzo niesprawiedliwe moim zdaniem, rzeczy. Jak dla mnie, to pan Michał był najmądrzejszym człowiekiem na świecie, chociaż niezbyt dobrze umiał polować na żabokróliki. Umiał przecież czytać! Ona zapytała skąd to wiem, więc wyjaśniłam, że syn naszego Pana pobierał nauki w Schronie Trzysta Trzy, i przeczytał tyyyyle (rozciągnęłam ramiona by pokazać jej jak dużo) książek przeczytał. Zdawała się nie mieć pojęcia o Schronie, ale uwierzyła mi na słowo. Powiedziała ponadto, że ona też umie czytać. Nie miałam jednak w życiu żadnej książki, więc nie mogła tego udowodnić. Nawet jeśli jakąś bym miała, to nie sprawdziłabym w żaden sposób, czy ona nie blefuje.
Na opowieściach zeszło nam dużo czasu. Na polowania wychodziłam tylko o świcie, gdy jeszcze spała. Nie chciałam, by widziała jak tropię i zabijam. Może jej moja mutacja nie przeszkadzała, ale ja wciąż odczuwałam pewien wstyd i niezręczność przed Niepopromiennymi.
Szybko zaczęło być krucho z żywnością. Szczególnie, że wielkimi krokami zbliżał się termin płacenia podatku. Gdyby ojcu się nie poszczęściło z tym stadem, zapewne musielibyśmy sobie szukać gdzie indziej dachu nad głową. Osobiście myślę, że to bardzo miło ze strony Pana S, że pozwala nam mieszkać w tej gliniance za 30 skór miesięcznie.
Kiedy dowiedziała się, iż przybędą tu za kilka wschodów Handlarze, wpadła w popłoch. Zaczęła coś mówić o ponownej niewoli, zabójstwie i wielkich kłopotach. Na drugi dzień już jej nie było. Zostawiła jakiś kawałek zmiętej kartki, zabazgrany drobnym szlaczkiem. Chyba zapomniała, że nie umiemy czytać.

Sukienka podkreślała kolor jej oczu i eksponowała wybrzuszenia na klatce piersiowej. Chyba wtedy pierwszy raz poczułam „zazdrość”.
Szła blisko pana Michała, uśmiechając się półgębkiem. Wyglądała na zadowoloną. Chyba w końcu widziała to swoje morze.

Trzy zachody później, po zapadnięciu zmroku pojawiła się w drzwiach naszego domu. Miała kurtkę z kapturem naciągniętym na głowę i gdyby nie jej oczy, w ogóle bym jej nie poznała.
Powiedziała, że rozmawiała z panem Michałem na temat jej pobratymców w obozach pracy i że obiecał jej pomoc. Kiedy zapytałam, jakim cudem uniknęła Zakładów Krawieckich Pana S, zagryzła wargi. Powiedziała, że moje siostry, żony i matki nie tylko szyją ubrania i pancerze dla Handlarzy. Nie za bardzo rozumiałam co ma na myśli, lecz nie chciała mi więcej ponad to mówić. Stwierdziła, że jestem za młoda, i że moje marzenie, by zostać Handlarzem, nie jest dobrym pomysłem.
Przyniosła w sakiewce dziwnie wyglądające, okrągłe przedmioty z jakiegoś metalu. Powiedziała, że mogą nam się kiedyś przydać, gdy nie będziemy mieli jak zapłacić podatku. To miało być jej podziękowanie za okazaną pomoc, wtedy na pustkowiach.
Żegnając się, powiedziała, że od teraz będzie inaczej, lepiej. Że pan Michał nam wszystkim pomoże.
Machałam ręką tak długo, aż nie zniknęła w ruinach miasta. Miałam mieszane uczucia. Mój instynkt podpowiadał mi, że dobrze nie będzie. Jeszcze nigdy się nie mylił.

Wczoraj wieczorem pojawiła się u nas ponownie, w wytartych jeansach, kurtce z kapturem i z ciężkim plecakiem na plecach. W odległości kilku stóp dojrzałem jeszcze drugą, zakapturzoną postać. Ona jednak wepchnęła mnie do mieszkania. Wyglądała na przestraszoną, a jednocześnie na bardzo zdeterminowaną.
Poprosiła mnie o „pieniądze”, te małe płaskie kamyki, które przyniosła wcześniej. Przeprosiła, i powiedziała, że teraz będą jej bardzo potrzebne.
Wzruszyłam ramionami i oddałam jej sakiewkę. Wciąż miałam wątpliwości, czy Handlarze zadowolili by się tymi „pieniędzami” zamiast skór.
Uściskała mnie, a ja byłam zbyt zaskoczony by w jakiś sposób zareagować. Miała chyba łzy w oczach, więc zapytałam co się stało. Odpowiedziała, że wraz z panem Michałem poszli do jego ojca, by powiedzieć o obozach pracy na Łysej Polanie i poprosić o pomoc w wyzwoleniu ludzi tam przetrzymywanych. Pan S. się tylko roześmiał i odparł, że doskonale zna Jerzego Osika, zarządcę tego miejsca, gdyż od wielu lat prowadzi z nim interesy.
Zapytałam co to znaczy.
„To znaczy, że ja i Michał musimy uciekać.” powiedziała przez zaciśnięte zęby, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.
Odwróciłam się i ujrzałam ojca. Podszedł do niej z zawiniątkiem w ręku. Zamarłam. Doskonale wiedziałam, co trzyma. Nie mogłam tylko w to wszystko uwierzyć.
„Weź. Przyda wam się.” powiedział bardzo zmęczonym głosem. Chciałam zaprotestować, ale uciszył mnie wzrokiem.
Pozbywał się jedynej pamiątki po dziadku. Pamiątki, która wędrowała w naszej rodzinie od pokoleń, „z ojca na syna”.
Delikatnie rozwinęła pakunek i szybko, z zaskoczeniem, uniosła wzrok na starego człowieka.
„Ale..” chciała coś powiedzieć, jednak jej przerwał
„Mam nadzieje, że tu wrócicie kiedyś. Że zdołacie coś zmienić. Że zobaczę jeszcze swoją żonę przed śmiercią.” jego głos zabrzmiał bardzo chrapliwie. „Dzięki temu przynajmniej się nie zgubicie. Idźcie już, światło dnia nie sprzyja uciekinierom.”
Zaproponowałam, że odprowadzę ich do Wielkich Płotów. Wątpiłam, by chcieli wyjść poza oficjalne terytorium Okręgu Trójmiasta drogą oficjalną. Zgodziła się i po chwili byliśmy w drodze.
Czułam, że się waha w jakiejś sprawie. Kiedy stanęliśmy na drugim skraju Martwego Lasu, skąd mieli już podróżować we dwójkę, niebieskooka uściskała mnie ponownie, a pan Michał poklepał po głowie.
Dziwne uczucia we mnie narastały z każdą chwila.
Po raz kolejny patrzyłam jak odchodzi. Miałam na nadzieję, że nie po raz ostatni. Zabierała przecież cząstkę mnie. Stary kompas dziadka.

Zakończenie.
Pan S. się wściekł. Listy gończe z wizerunkiem syna i niebieskookiej rozesłał w trzy strony świata.
Znalazł się ktoś, kto widział poszukiwanych tuż przed ich ucieczką. W naszej gliniance.
Ojca rozstrzelali na miejscu. Nim to jednak zrobili, przyprowadzili moją matkę.
Nie potrafię o tym mówić, choć zmusili mnie, bym „lekcję” dokładnie sobie zapamiętała.
Na mnie już nie zamierzali marnować kul. Błagałam na kolanach, by chociaż poderżnęli mi gardło.
Nie zrobili ze mnie również niewolnika. Zamiast tego, wylądowałam w „podziemiu” Handlarzy.
Wciąż pamiętam jej zapach. Wydaje mi się, że potrafię ją odnaleźć. Pan S. też tak myśli. Karmi mnie całkiem dobrze i nie bije do nieprzytomności.
Chyba chce, bym ją zabiła.
Nazywa mnie swoim kociakiem.
Czy to oznacza, że zrobi mnie Handlarzem?
To by było fajne…
Może pan Michał…

48.

7 komentarzy

Przydreptał dzisiaj jamnol na swych krótkich czterech łapkach i stwierdził „dość opierdalania się, jest robota”. Więc dość.
I tak już dawno zeżarłam gwoździe (niedobór żelaza) od tej trumny, więc zostało mi jedynie podźwignięcie klapy. (Fafik pragnie w tym miejscu nadmienić, że miał znaczący udział w odkopywaniu moich zwłok. Niech mu będzie, że miał.)
Parę godzin później, gdy to już słońce miało się ku.. no, ten, no… jakiś kierunek… eh, w każdym bądź razie, gdy słońce znikało już za tą wielką kupą piachu i raidersowskich szczątek (z małym krzaczkiem po lewej), dotarłam do Shamo.
Hmm. Nie powiem, żebym nie liczyła na jakieś wiwaty, czy coś. Fakt, że byłam przygotowana na kilka „przypadkowych” kul, też wcale mnie nie przygotował na przyjęcie powitalne. A raczej na jego znaczący brak. Brak silnie doskwierający.
Po wielu wielu wielu dniach na pustkowiach, człowiek podświadomie zaczyna szukać źródła jakiegokolwiek dźwięku. Nasze zacne miasto zawsze takowych dostarczało, dlatego panująca cisza, była tym bardziej krew ścinająca. Nic. Nawet beknięcia czy trzasku kości w Klatce.
Psi pierd zabrzmiał niczym huk dubeltówki, potęgując nastrój grozy.
Zdziwiona na tyle by nie myśleć o przeszukaniu mieszkań w celach powszechnie znanych, dowlokłam się do bu.. baru. I tam, o zgrozo! Apokalipsa. Tragedia, kataklizm, katastrofa i brak mleka. Wszyscy mieszkańcy, niczym worki z ziemniakami, porozrzucani dookoła. I ani węchu alkoholu!
Kopnęłam przezornie jednego (sorry Wolv…) i upuściłam, niechcący, coś na innego (Grigorij, zachowaj zimną krew, jestem dziewczyną! Aaaa! To było NIECHCĄCY!), ale.. zero reakcji. Tzn. no prawie żadnej. Bo ten dziki uśmiech to na twarzach gościł już przed moimi wejściem smoka (co prawda drzwi od bu.. baru dawno już jakiś dowcipniś wykopał w kosmos, ale i tak byłam kul zamiatając podłogę swoim przydługim płaszczem ze skóry geckona) (NIE JESTEM MAŁA!).
Dziwne. Co prawda słyszałam że można się po.. popuścić w spodnie ze śmiechu, ale żeby.. Horror.
Nieoczekiwanie, zza lady wyłonił się Tajemniczy Nieznajomy, przerywając tym samym moje nieudolne próby myślenia, a co za tym idzie – wyjaśnienia w sposób logiczny całego zajścia.
„Yyyyy?” zapytałam oględnie, machnąwszy łapą dookoła.
„Chalo! Na kolana przed Najwyrzszym Kapłanem, członkiem bractwa centrologów!” zawołał z miną urodzonego wojownika, co to nawet mówić umie z błędami ortograficznymi.
Mama uczyła, że nie klęka się przed Obcym, póki nie pokaże kasy, więc tylko pokazałam mu środkowym palcem, że pewnie, też uważam że jest numerem jeden.
„Wstyd sie!” odripostował zręcznie.
I nawet gdybym chciała, to raczej nie wiedziała bym jak. Ale przejdźmy do meritum.
„Co ty za jeden? I czemu wszyscy tak leżą??”
„Ogulnie to.. jestem Krwawy Nekromanta z KONINA W WIELKOPOLSCE. lubie FALLOUTY I CHCĘ POMAGAĆ WAM MAM PARE POMYSŁÓW.” odparł Nieznajomy.
Zabrakło mi tylko „joł” na końcu wypowiedzi. No ale. Nie można mieć wszystkiego.
„No dobra, ale co im zrobiłeś??” zapytałam, posyłając jamnikowi tajne znaki.
„Sami sataniści tutaj są no może nie sami ale wielu to jak nie wyznaje szatana to albo wyznawcy apokalipsy albo dzieci katedry albo hubologiści albo jakaś inna sekta.” pomachał znacząco duuuużym pistoletem, dodając „Za technologie!”
„Technologię? Jesteś Technikiem?” zainteresowałam się nagle. Nie można od razu zabijać potencjalnego źródła dochodów, nie?
„Wymyśliłem paliwo z roslin i alkocholu!” Krwawy pochwalił się, mrugając znacząco. „I wiem co to noktowizor!”
Przesunęłam się kilka centymetrów w stronę leżącej Kelnerki Katji, przy której zauważyłam jej „osobiste cacuszko”. Miałam nadzieje, że jest naładowane.
„Noktowizor to takie orulary zielone!” Krwawy zaczął coś dłubać w zębach, wyraźnie zadowolony z poziomu własnej wiedzy.

M15A4 RIS było naładowane. I cudownie zagrało marsza.
A happy end? Niestety, społeczność shamowska uodporniona nie tylko na takie idiotyzmy, więc szybko wróciła do zdrowia. A imprezy powitalnej i tak nie miałam. Technik Czecho obchodził któreśsechletnie urodziny, wrócił Skryba Cervantes i.. pić trzeci tydzień z rzędu jest troche niebezpiecznie. Fiolet zostaje na zębach.

47.

1 komentarz

Nikt, kto nigdy nie przeżył choćby dnia na postnuklearnej pustyni ze wszystkimi jej atrakcjami (a wielu jest takich, dlatego wciąż spotyka się szkielety w uniformach listonoszów), nie wyobraża sobie nawet, jak TRUDNO jest chorować.
Tak, tak, niby łatwo wpaść na taki napromieniowany kawałek.. czegoś, w jakimś, powiedzmy, zrujnowanym kościele, i potem żygać pod wiatr własnymi wnętrznościami, ale przecież tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi.
Chodzi o to, by móc spokojnie położyć się do łóżka, a nie od razu do trumny, z temperaturą w granicach 40 stopni. Bez jedynki na przedzie.
By, kaszląc średnio co 7 minut, nie obryzgiwać wszystkiego ciemnobrunatną krwią czy gęstą, żółtą wydzieliną.
By z nosa wydobywać kilogramy zielonobiałego śluzu (który bez problemu da się rozciągnąć pomiędzy palcami), a nie próbki własnego mózgu. Mózg to fajna rzecz do oglądania, ale tylko wtedy, gdy nie jest nasza. Naprawdę.
Tak więc, mówię, naprawdę trudno tutaj o uczciwą chorobę. Czytałam, że kiedyś ludzie mieli grypę, dżumę, malarię… a teraz? Średnio, mieszkaniec pustkowi, nim zdąży zachorować, to już albo piach przeżuwa (podobno dobry na szkliwo), albo ma Odporność na 300% i tylko Bozarem można go posmyrać, co przecież pod chorobę się nie zalicza. (Chociaż Szef Kazul mówi, że na kule ma alergię).
Nosz w mordę. Ale ja to jestem zdolna, i musiałam, po prostu musiałam, zachorować. No ale. Hiob podobno też miał przerąbane, nim w końcu niebiosa zesłały mu stado brahminek, żonkę i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu. (Skryba DoPr nie wyjaśnił mi tylko, kto to był ten Hiob i czemu „żonka” miałaby go uszczęśliwić. Mama Obsy jeszcze nie rozmawiała ze mną na temat uszczęśliwiania mężów, stąd pewnie ma niewiedza. Powracając do tematu)
Nie ciesze się tym faktem tak, jak myślałam, że będę się cieszyć. (Mam tylko nadzieję, że też dostanę stado brahminek i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu.) (Tak przy okazji, kogo mieli by zapierniczać na tym polu?)
Oczywiście „dla mojego dobra” jest ten cały pomysł z kwarantanną. A to, że mnie nie karmią już trzeci dzień, świadczy tylko o tym, że nie chcą by mi coś zaszkodziło. Zarazić się podobno nie boją.
No nic. Jeśli nie umrę z głodu i pragnienia w tym pudle zakopana gdzieś na pustkowiach, to będę miała do pogadania z kilkoma osobami.

46.

1 komentarz

Śnieg, nawet ten zielony, ma to do siebie, że bardzo ładnie ukrywa ślady krwi. No i trupów nie trzeba w pośpiechu chować. Temperatura nie pozwala im zacząć cuchnąć, a i na barykady się nadają po skostnieniu.
Dobrze się więc złożyło, że ostatnio często owy śnieg pada. Czemu? Ha! Mamy nie tylko ataki Raidersów! W Shamo przemoc zaczyna zastępować dyplomację. Czy jakoś tak. Wszyscy się tłuką ^__^
Nie wiem od czego zacząć. Bo w sumie to, iż ulepiliśmy ładnego bałwana który nocą oświetla podwórko – to też ważna sprawa. Przynajmniej już nie ma usprawiedliwienia dla strzelców z dzielnicy Nowej Warszawy, że strzelają w przechodniów (i o zwrot amunicji potem jeszcze bezczelnie proszą), bo nie mają na czym „oka potestować”. No i od bałwanów (przynajmniej tych ze śniegu) kule się nie odbijają i nie ma rykoszetów. Strzelcy z Nowej Warszawy jak nie strzelają, to się naszywają w celu utworzenia Oficjalnych Sił Zbrojnych Shamo. Czy coś takiego.
Jak na razie, to nie widziałam ich w akcji, a obrona Shamo była więcej niż potrzebna. Co się stało? Ano, napadły na nas niezidentyfikowane obiekty (bynajmniej nie latające. Jeszcze.) z ‚krain’ na „K”. Czemu? „Bo zupa była za słona”. A przesolił ją Doc i mum zwana Obsydianem. Na front oczywiście zaraz wkroczył Wojskowy Gerard Heime, któremu umiejętności strzeleckie dorównują tym.. no.. ee.. tego… O boże, po prostu zagadał ich na śmierć, na temat broni. Widać, że broń bywa zabójcza nawet gdy nie ma spustu (lub zawleczki).
Część społeczności w tym czasie (staropolskim obyczajem) zajęta była prowokowaniem siebie nazwajem do bardziej i mniej krwawych potyczek, dotyczących ogólnego wyglądu wizualnego paszportów, że tak się wyrażę. A zaczęło się jak zwykle. Przez babę! (pozdrowienia dla tego przedstawiciela gatunku udoskonalonego ewolucyjnie).
Poza tym, odżyły stare spory dotyczące piractwa (niestety nie drogowego, więc niezbyt ciekawego ze względu podwyższania poprzeczki śmiertelności wśród różnych.. em, co to ja? ach tak).
Chyba ten śnieg, to ma jakieś pierwiastki agresywności w sobie. Muszę przestać dodawać go to wody pitnej miasta. Nawet Technicy z działu Trinity zaczęli pokazywać ząbki. Ale co ja się tam znam. Jestem mała i mam jajnika uważającego się za nowe wcielenie Stalina.
Kto w ogóle słyszał o jakimś tam Stalinie?
Gir! To jest ktoś!

45.

5 komentarzy

Świat według Fafika.

1. Pierwszego dnia Bóg stworzył Jamnika.
2. Drugiego dnia Bóg stworzył człowieka, żeby rozpieszczał Jamnika.
3. Trzeciego dnia Bóg stworzył wszystkie zwierzęta, aby Jamnik miał za czym biegać.
4. Czwartego dnia Bóg stworzył pracę, żeby człowiek wychodził regularnie z domu, a Jamnik mógł swobodnie po nim buszować.
5. Piątego dnia Bóg stworzył piłkę tenisową, żeby Jamnik mógł ją aportować albo i nie.
6. Szóstego dnia Bóg stworzył weterynarza, żeby Jamnik był zdrowy, a człowiek ubogi.
7. Siódmego dnia Bóg chciał odpocząć, ale musiał wziąć Jamnika na spacer.

44.

1 komentarz

Z pamiętnika babci, słów kilka o jej dziadku:
„Wnuk pyta się dziadka:
- Dziadku gdzie by tu najlepiej spędzić wakacje?
- Jedź do Kijowa.
- Jak to do Kijowa, dlaczego?
- Słuchaj. Wchodzisz do sklepu, bierzesz, co chcesz, wychodzisz i nic ci nie robią. Idziesz sobie ulicą, widzisz typa, który ci się nie podoba, podchodzisz, lejesz go i nic ci nie robią. Chcesz sobie zaruchać to wyrywasz panienkę, robisz, co trzeba, nawet na ławce i nic ci nie robią.

Wnuk poszedł, kupił bilet do Kijowa i pojechał. Wchodzi do sklepu, wziął, co chciał, wychodzi, sklepała go ochrona. Wkurzony idzie ulicą, widzi jakiegoś typa i postanowił mu dojebać, ale tak się zdarzyło, że typ sklepał go z kumplami. Idzie cały poobijany i myśli „Może z panną mi się uda…”.
Zobaczył jakąś panienke, zaciągnął ją w krzaki, zrobił co trzeba, ale dorwali go gliniarze wsadzili na dołek i spuścili nieziemskie manto.

Pobity, wkurwiony na maxa wraca do domu. Idzie do dziadka i mówi:
- Ale żeś mnie dziadek w kanał wpuścił. No niby w tym Kijowie to tak zajebiście ma być? Wszedłem do sklepu, wziąłem, co chciałem i jakieś karki z ochrony mnie sklepały. Chciałem najebać typowi to mnie oprawił z kumplami. Zerżnąłem panienkę i też mnie na dołku pobili.

A dziadek na to wszystko.
- A z kim byłeś?
- No z ORBISem.
- No widzsz, a ja z Wermachtem…”


  • RSS