OLDTOWN 2006 by widgetrex, czyli jak to wyglądało z oka złego Szeryfa…
Please standby….

Czwartek 20.07.2006 godz. 20:30

Czekam w umówionym miejscu na Hammera, mieliśmy się spotkać pod głównym we Wrocku, dokładnie o 20.30, wyjechałem więc wcześniej z domu żeby młotkowa inteligencja nie musiała stać sama na nieznanym terenie. Jak zwykle pełno ludzi wkoło, plecak trochę waży, ale powinien być lada chwila więc looz. Ludzie dziwnie się na mnie patrzą bo stoje w koszuli polowej z flaga RPA na ramieniu, spodniach khaki ¾ a na domiar mam wielki plecak moro do którego jest przytwierdzona łopatka piechoty (specjalnie dla Wolva ;) ) i ciężkie wysokie buty. Podchodzi do mnie jakiś menel po ogień i pyta czy rezerwa, niemal mnie rozbawił wiec ja go pytam czy widział kiedyś trzeźwego rezerwistę z plecakiem i flagą RPA, nie wzruszyło go to specjalnie bo oddając zapalniczke powiedział ze nie wygladam na murzyna… (tu już się nie powstrzymałem od śmiechu).

Czwartek 20.07.2006 godz. 21:00

Zaczynam się zastanawiać gdzie się podział Hammer. Powinien być jeśli nie 30 min temu to chociaż 10, ale myślę sobie że może autobus się spóźnia, plecak zaczyna trochę ciążyć. Pale fajke za fajką z nudów i myślę że młotek pojawi się lada chwila…

Czwartek 20.07.2006 godz. 21:30

Jestem już mocno zniecierpliwiony (żeby nie powiedzieć mniej dyplomatycznie), patrzę wnikliwie na każdą osobę z plecakiem wyglądającą jakby pierwszy raz w życiu miasto widziała, ale żadna nie jest podobna do hamma którego widziałem na zdjęciu… Wiem że ma mój numer telefonu, więc sprawdzam czy jest na pewno włączony. Na wszelki wypadek wyrywam korzenie z chodnika i podeszw i idę sprawdzić pozostałe wejścia na główny. Zastanawiam się czy nie umówiliśmy się w Wawie, ale szybko porzucam pomysł. Plecak waży już przynajmniej 2 razy tyle co na początku ale marsz po dworcu pozwala mi na chwilę o tym zapomnieć. W przelocie myślę sobie że w Oldtown jest już pewnie imprezka na całego, a mnie tam nie ma…. Podejrzenie wzbudza u mnie koleś rysopisem przypominający młotka, przchodził koło mnie ze 4 razy, ale nie podszedł mimo, że nadal stoję w umówionym miejscu, daję sobie spokój z zapytaniem, pomysł tabliczki z napisem Hammer ty ch***u też szybko odchodzi w zapomnienie.

Czwartek 20.07.2006 godz. 22:00-24:00
Mam dość. Przekonany że Hammer zamawiając bilet na autobus zrobił błąd jakikolwiek i pewnie w tej chwili jest już w Uzbekistanie czy w innym podobnym czymś postanawiam muszę zrzucić plecak który przygniata mnie coraz mocniej do ziemii. Także stanie 90 min w tym samym miejscu (nie licząc małej wycieczki po dworcu) lekko mnie już znudziło a i meneli jakby mniej i nie ma się z czego pośmiać (pewnie doszli do wniosku że jestem wariatem i lepiej się trzymać z daleka, albo uwierzyli że jestem murzynem i są rasistami). Postanowienie jest mocne i stanowcze: idę na pyffko. Kolejny raz wędruje przez dworzec wychodząc bocznym wyjściem i zmierzam ku jednemu z dworcowych barów. Zrzucam w końcu plecak, ludzie obrzucają mnie dziwnym spojrzeniem a ja siadam wygodnie w niewygodnym krześle i proszę o piwko. Duże czy małe-pyta barman. No oczywiście ze duże-odpowiadam zmieszany, no bo przecież co, chorego się pyta? OK-odpowiada barman i już po chwili pieni się przede mną 1l. pysznego kuflowego niewiemczego (dopiero zrozumiałem pytanie o rozmiar). Piję jedno, później kolejne, rozmyślam o Oldtown, Hammerze i jeszcze kilku ważnych dla mnie osobach, co chwilę paląc fajkę i spoglądając na telefon. Po 3 piwie stwierdzam że Hammera ktoś zgwałcił i porzucił w krzakach, ale mam jego bilet, może uda mi się go sprzedać. Humor mi się nieco poprawia i ludzie w barze jakby bardziej śmieszni mi się wydają, więc zamawiam kolejne piwka, tak że w momencie kiedy wypijam piąte i mam już solidną bombę zdaje sobie sprawę że jest północ i za 30 min odjeżdża pociąg. Zmuszam swój pijany zewłok do pełnej gotowości bojowej, zarzucam na siebie zdecydowanie za ciężki plecak omal nie przewracając stolika i staram się z rozpędu trafić w drzwi wyjściowe (co jest małym problemem bo lokal jest oszklony). Życie ratuje mi fakt, że po obu stronach drzwi stoją jakieś kwiatki co pozwala mi na ustalenie właściwego kursu. Przechodzę przez drzwi i dumny z siebie robie wielkie koło po ulicy skręcając w lewo do dworca. Cieszę się sam do siebie jakbym był nienormalny (z powodu upojenia zapomniałem o tym) i kieruje się w stronę dworca. Podczas tych 3h w barze zjawił się huragan co nie pozwalało mi na poruszanie się w linii prostej, ani też na rozwinięcie odpowiedniej prędkości. Przez huragan miasto zrobiło się bardziej kolorowe (pewnie jak byłem w barze wszyscy masowo montowali neony żeby mi się lepiej szło). Droga dłuży się niesamowicie a wiatr co chwilę rzuca mi jakieś rzeczy pod nogi w związku z czym potykam się ale brnę dalej. Po tak ciężkiej przeprawie docieram do holu dworca, niestety tutaj też wieje, a na domiar złego daje się odczuć małe trzęsienie ziemi, przez co literki na tablicy informacyjnej tańczą i podskakują. Chwila skupienia i…jest 3 peron, azymut wyznaczony, mogę iść. Wrzucam 1/3 naprzód i po chwili (dziwnie dlugiej) spoczywam na czerwonym krzesełku opierając się o leżący obok plecak. Siedzę tak chwilę i widzę tego gościa którego wcześniej podejrzewałem o bycie Hammerem. Lezie do mnie z wielką torbą, no ale ja to zawsze mam pecha, pewnie będzie chciał pogadać i pożalić się na ciężką torbę, albo zrobi sobie ze mnie prywatną informację turystyczną. Kiedy stoi już na tyle blisko że mogę go kopnąć w krocze moje rozmyślania przerywa pytanie:
-Ty jedziesz do Stargardu
-Tak
-A no to fajnie- i koleś siada koło mnie.
-Hmmm, my się znamy?- pytam zdziwiony
-A nie znamy? – pada odpowiedź. W tym momencie stwierdzam że nie wiem co on palił/pił/brał ale też to chcę. Ale nagle przychodzi ciekawa myśl, więc pytam:
-Hammer?
-No a k**a kto? -odpowiedź mnie prawie nie zaskakuje. Zaczynają się przywitania, lecimy w ślinę (tego miałem nie pisać ale co tam, ku pamięci ;) )
Wkrótce potem poznajemy pozytywnie zakręconą ekipę Wielosferu i wspólnie pakujemy się do pociągu.

Dalsze przygody złego szeryfa na Oldtown w następnym odcinku Shamowej telenoweli ;]