Dzielna an_ge wraz z dzielną Katiuszą i prawie równie dzielnym brytolem… brytalem… a, Britishem, dotarli wczesnym świtem na pola ziemi obiecanej wcale się przy tym nie zgubiwszy dwa razy; przedarli się przez morze ostów, omijając zdradzieckie doły i niewidzialne miny, po czym zasiedli w cieniu drzew wysokich w celu otworzenia puszek i uraczeniu podniebień boskim płynem.
I tak to się, mniej więcej, zaczęło.
Reszta, już nie tak dzielnych, wojów pustkowi pojawiła się niedługo po pierwszych oznakach zniecierpliwienia spowodowanych brakiem piwa. Zaowocowało to skapitulowaniem kilku porządnych mrowisk w walce z zaimprowizowanym flamethrower’em i wyturlaniem małego placyku w wysokiej trawie. Następnie zaczęto sprowadzać siłą umysłu pozostałych imprezowiczów oraz skrzynki. Skrzynki skrzynki. Nie wiadomo kiedy pierwsze namioty stanęły dając początek małej osadzie, która z każdym dniem nabierała cech zdziczenia i zwyrodnienia jej mieszkańców. Kawałek pobliskiego lasu został wykarczowany za pomocą zębów Nurka i siekierki Rhotaxa, a także duchowym wsparciu wszystkich tych ludzi, którym ruszyć z gleby się nie chciało, tak więc wesołe ognisko wesoło zapłonęło, unicestwiając dobrych kilkadziesiąt bogu ducha winnych ślimaczków.
I gdy już ciemna noc zapadła przyszedł czas na powtarzanie w pamięci ksywek ludzi stojących/leżących/biegających dookoła. Zaskoczenie było miłe. Odsetek kobiet okazał się zaprawdę wysoki. Oprócz wspomnianych już wyżej dwóch oszałamiająco pięknych dziewoj, znalazły się również inne okazy płci szlachetniejszej; była Agnieszka, była Ważka panna, była Laurana wraz z dwoma towarzyszkami ciemnowłosymi, była Gecko chwil kilka, była Kacza zdecydowanie dłużej, ruda Monicure, Ewka, Mysza, kobieta Lisska i… kilka tych młodych okazów zdrowia co przybłąkało się na noc jedną, a których poznać osobiście dane mi nie było. Chwali się, chwali. Popatrzeć na co było i oko zmęczone na czym zawiesić. Co prawda Trefl, Saluś, Nesfor, Zły, Kapral i Karton…Kafel…Kamizelka…a ta, Kaftan, dużo szumu robili, no ale… Można dać się postrzelić.. w Wietnamie…, można dać się zgwałcić – ale jeśli nie jest się „dziwką bez szkoły” to „ni chuja”. No, zawsze jeszcze można być białym psem z irokezem którego dotknęła plaga głodu i szerszeni, wtedy również stanowi się ciekawy widok. Ale to już inna historia.
Po długim i wciąż na nowo podejmowanym tematem chwalenia się własną bronią, głośnym bekaniu i wykonywaniu innych równie okropnych czynności nie przystających eleganckiemu towarzystwu, paleniu mięsa nad ogniem, łamaniem kijów metodami znanymi jedynie himalajskim mnichom* (*„jajami” i „o dupę” – przyp. autor), tworzeniu nastroju w postaci opadów radioaktywnych, osuszaniu Arizony oraz obfotografowaniu wszystkich i wszystkiego co ma głupią minę, kompania grillowa poległa na czas nieokreślony.
Poranek okazał się dwojaki. Znaczy, zimny i odwodniony. Szybko jednak niemiły ten stan uległ zmianie.. przechodząc w… no cóż, moje odczucia zdecydowanie są ambiwalentne. Pomijając bezczelne znęcanie się nad młodymi fokami polegające na polewaniu ich wodą (brrr), piwem (kewl kewl), mordowaniu glanów i nowo upieczonych kiełbasek, robieniu zdjęć i filmów porn… rozwodowych oraz ..różnych dziwnych akcji nadających się jedynie do ocenzurowania, było wesoło. Weselej zdecydowanie, gdy młode foki przygarnął jeden z namiotów i sadystyczna uciecha przeniosła się na przedstawiciela płci brzydkiej. Ale o tym ze względu na potencjalnie młody wiek odbiorców należy nie rozpisywać się również. Były wypady nad jezioro i do sklepu – z rzeczy grzeczniejszych. Więcej grzechów nie pamiętam.
Pod wieczór sobotni GrillParty nabrało rozmachu właściwego GrillParty. Znalazły się jakieś tłumy obcych ludzi które przyniosły sobie drzwi drewniane i styropiany (z pomocą weterana Gabera), nastąpiło wspólne odśpiewywanie wielkich hitów stulecia (w których genialnym refrenem było „sialalala-la”), strzelanie do puszek i zabłąkanych owieczek szukających WC, wcinanie chrupek, duszenie wiankami z chabrów (nowej broni specnazu), cykaniu kolejnych fotek przez zapalone Mangusty i inne takie, rytualnym wypieprzaniu w kosmos wielu pojemników pod ciśnieniem ku uciesze zgromadzonych, piromańskich testach wytrzymałościowych grilla, i tak dalej, i tak dalej.
Kryzys nastąpił gdzieś tak około drugiej w nocy, gdy browca zabrakło, ale dzielni towarzysze pokonać się nie dali i imprezowali jeszcze krztynę. Rankiem… ah, te ranki. Rankiem okazało się, że dwa piwa zostały przemycone i jednak wbijania zębów w choinki nie będzie.
Południe zmiotło większość luda i tylko najtwardsi doczekali zbawczego deszczu. Po czym.. rozjechali się na cztery strony świata, by głosić jak to na GP2004 było zajebiście :P
Szkoda tylko, że Raidersi trzymali się z dala… ale wszystkiego mieć nie można. Chyba. Dowiemy się za rok?

dowody
prawie
rzeczowe