Nikt, kto nigdy nie przeżył choćby dnia na postnuklearnej pustyni ze wszystkimi jej atrakcjami (a wielu jest takich, dlatego wciąż spotyka się szkielety w uniformach listonoszów), nie wyobraża sobie nawet, jak TRUDNO jest chorować.
Tak, tak, niby łatwo wpaść na taki napromieniowany kawałek.. czegoś, w jakimś, powiedzmy, zrujnowanym kościele, i potem żygać pod wiatr własnymi wnętrznościami, ale przecież tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi.
Chodzi o to, by móc spokojnie położyć się do łóżka, a nie od razu do trumny, z temperaturą w granicach 40 stopni. Bez jedynki na przedzie.
By, kaszląc średnio co 7 minut, nie obryzgiwać wszystkiego ciemnobrunatną krwią czy gęstą, żółtą wydzieliną.
By z nosa wydobywać kilogramy zielonobiałego śluzu (który bez problemu da się rozciągnąć pomiędzy palcami), a nie próbki własnego mózgu. Mózg to fajna rzecz do oglądania, ale tylko wtedy, gdy nie jest nasza. Naprawdę.
Tak więc, mówię, naprawdę trudno tutaj o uczciwą chorobę. Czytałam, że kiedyś ludzie mieli grypę, dżumę, malarię… a teraz? Średnio, mieszkaniec pustkowi, nim zdąży zachorować, to już albo piach przeżuwa (podobno dobry na szkliwo), albo ma Odporność na 300% i tylko Bozarem można go posmyrać, co przecież pod chorobę się nie zalicza. (Chociaż Szef Kazul mówi, że na kule ma alergię).
Nosz w mordę. Ale ja to jestem zdolna, i musiałam, po prostu musiałam, zachorować. No ale. Hiob podobno też miał przerąbane, nim w końcu niebiosa zesłały mu stado brahminek, żonkę i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu. (Skryba DoPr nie wyjaśnił mi tylko, kto to był ten Hiob i czemu „żonka” miałaby go uszczęśliwić. Mama Obsy jeszcze nie rozmawiała ze mną na temat uszczęśliwiania mężów, stąd pewnie ma niewiedza. Powracając do tematu)
Nie ciesze się tym faktem tak, jak myślałam, że będę się cieszyć. (Mam tylko nadzieję, że też dostanę stado brahminek i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu.) (Tak przy okazji, kogo mieli by zapierniczać na tym polu?)
Oczywiście „dla mojego dobra” jest ten cały pomysł z kwarantanną. A to, że mnie nie karmią już trzeci dzień, świadczy tylko o tym, że nie chcą by mi coś zaszkodziło. Zarazić się podobno nie boją.
No nic. Jeśli nie umrę z głodu i pragnienia w tym pudle zakopana gdzieś na pustkowiach, to będę miała do pogadania z kilkoma osobami.