shamo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2003

42.

8 komentarzy

Wielka improwizacja, czyli święta w Shamo city.
Niestety, oprócz radskorpionów i mutaszczurów, nic w dzisiejszych radioaktywnych czasach nie rośnie. A już choinki na pewno.
Korzystając ze świątecznego gestu „No… ja” na placu głównym przyozdobiliśmy zielonego ghoula z problemami zdrowotnymi. To się nazywa mieć miłosierdzie :) Niestety nie bombami, a łańcuchami pstryczków z puszek po piwie, kolorowymi szkiełkami i cukierkami domowej roboty, od których nie dało się odpędzić Kazula. Po tym jak stracił wszystkie swoje trzy zęby na kruchych ciasteczkach Kelnereczki Teqili i Katji, mógł już tylko szamać cmoktałki.
Oczywiście tradycyjnie dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia i.. a tak, o tych kolędach to w sumie miałam nie wspominać. Skrybie DoPr’owi chyba kompot z suszonych geckosów lekko zaszkodził, bo zupełnie pomylił słowa :]
Opłatek lekko zgrzytał między zębami, a sernik który przybrana mama upiekła tak jakby był.. nie upieczony, ale ogólnie wieczerza (tylko dla niewielu ostatnia) była udana. Karpiopstrąg w tym roku był porządnie ubity (na śmierć) i nie pluł ośćmi, a raidersowskie uszka nawet pleśń nie tknęła i wspaniale smakowały z barszczem ze świeżych pomidorów.
Ktoś pijany zgubił plecak z amunicją koło choinki, więc spokojnie uznałam to za dar na rzecz mnie, tak zwany prezent. Tych butów co prawda nie zgubił w dosłownym tego słowa znaczeniu, no ale..
Fafik chyba miał największą radochę. Nikt nie zwrócił uwagi, że zaczął gadać trochę przed północą. A to że jadł ze stołu, to też nikomu nie przeszkadzało, dopóki nie wchodził łapami w talerz. Wchodzić sam przestał zresztą, po tym jak go Doc perfidnie pomylił ze świąteczną szynką i przez godzinę ganiał z widelcem.
Propo jedzenia, trzeba iść coś upolować z wspólnego przydziału, zanim inni się obudzą. Bo się obudzą, nie? Ech, chyba Cywil Lovebeer mnie nie posłuchał i jednak dodał coś do kompotu..

41.

3 komentarzy

Właśnie zwrócono mi słuszną uwagę.
Skąd ja bomby wezmę?
I to jeszcze takie kolorowe?
Choróbsko. Trzeba będzie granaty pomalować. I jeszcze jakieś łańcuchy skombinować… I lampki… Ale roboty, a tu jeszcze nawet choinki nie ma.
Co z choinką?
Czy wiedzieliście, że na postnuklearnej pustyni nie rosną drzewa? No, nie rosną. A dookoła Shamo tylko piach, zwłoki i hulający wiatr, co zacina piachem w oczy.
A mnie się śnieg marzy. Taki świecący w ciemności. Ale nie na zielono.
A no, i trzeba będzie ponownie kogoś spić i w strój św.Mikołaja wepchnąć. W końcu to już drugie Święta obchodzone w Shamo… Chociaż tych pierwszych to nikt tak naprawdę nie pamięta…

40.

8 komentarzy

Powiedziałam. Nie ma głupich. Chcemy choinkę!
Pan Pies ma pewnie własne, zgoła inne niż ja, powody, ale o to zdążymy się jeszcze pokłócić. Na razie decyzja została podjęta jednogłośnie. Chcemy choinkę, i już.
Przybrana mama puka się w czoło, ale Ranczer Lovebeer i Skryba Kroffa (który jednak nie został zjedzony) są mi wsparciem duchowym. Przynajmniej tak sobie to wymyśliłam. Samo przygotowanie planu działania jest połową sukcesu. Zostaje więc tylko ta druga połowa, czyli wykonanie. Ale, ale. Wszystko w swoim czasie.

Blablabla, znaczy PLAN.
1. robimy rozeznanie wschodniego terenu,
a) idziemy pomęczyć skrybów ze schronu,
b) zadajemy Skrybie Sajdonowi i Skrybie Spaceacowi mnóstwo bardzo dociekliwych pytań,
(psi dopisek) uciekamy, nim założą tymczasową koalicję i zaczną w nas rzucać ciężkimi przedmiotami.
2. robimy rozeznanie północnego terenu,
a) idziemy „delikatnie i z wyczuciem” obudzić sgt. Chewiego,
b) handlujemy i/lub kradniemy potrzebne źródło-niewysłowionego-bólu-Raidersów, znaczy jakąś spluwę,
(psi dopisek) próbujemy (niczym pieśń) wyjść z kantu cało i jeszcze oszczać nogawkę cmdr’a.
3. robimy rozeznanie południowego terenu,
a) idziemy do warszawskiej dzielnicy,
b) dręczymy Wojskowego Nico, aż nam pożyczy amunicję (oddamy, oddamy. Jeszcze tylko nie wiemy „jak”)
(psi dopisek) jemy nico’wski obiadek u Kelnereczki KATiuszy.
4. idziemy po zgodę od Szefa na samotną wyprawę w mało znane,
a) ładnie się łasimy
b) wylewnie dziękujemy
(psi dopisek) i w międzyczasie napastujemy jego gumową kaczuszkę.

Musi się udać.

39.

13 komentarzy

W końcu jest co jeść. Co prawda zniknął gdzieś Skryba Kroffa, no ale jakoś nikt specjalnie się tym nie przejął. Nie to żeby nie był lubianym obywatelem. Wręcz przeciwnie, wszystkim bardzo smako… ee, no.
Babcia w pamiętniku swym opisała ŚWIĘTA. Jako iż Skrybowie plączą się w zeznaniach na tenże zagadkowy temat, a sama babuńka popisała się wystarczająco rozchwianym pismem by pokolenia nie mogły jej zrozumieć – zapytałam przybraną mamę. Mama Obsydian trudziła się jakąś chwilkę przy szafie, nim z radosnym stęknięciem nie wydostała spod niej zakurzonego zeszytu. Owy zeszyt okazał się po części dziennikiem przeciętnego XXI wiecznego zjadacza chleba, a co ciekawsze – zawierał wyjaśnienie absorbującego mnie zagadnienia.

***
„(…) Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty. Oznacza to, że będę latał po sklepach, przepychał się przez spoconych ludzi z obłędem w oczach, żeby wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły.
Co gorsza, wszystko już kiedyś komuś kupiłem.

Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie kupię mu w tym roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic ponad tekst na etykiecie półlitrówki. Ciocia Jadzia rok temu ukontentowała się kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za tydzień kończył się termin ważności. W tym roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby krem przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden krem nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na kosmetyki całej kasy na Boże Narodzenie.

I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy program komputerowy, choć i tak wiadomo, że przestanie się nim zajmować po 48 godzinach, bo każda gra jest dla niego za trudna, Półmózg jeden. Żona będzie miała jak zwykle pretensje, że Kowalska z jej biura dostanie coś ładniejszego. W rezultacie kupię byle co – jak co roku.

Potem śledzik w pracy z ludźmi, których mordy są mi nienawistne, i patrzenie na męki szefa, który życzy nam „dużo pieniędzy”, choć wszyscy wiedzą, że dopiero wtedy byłby szczęśliwy, gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty łańcuchem do komputera. Krwiopijca jeden. Potem wszyscy się nawalą jak szpaki, a pan Henio obślini biust pani Bożeny z księgowości, zamkną się oboje w archiwum, bo oni zawsze walą się jak króliki, kiedy są naprani. Następnego dnia kac, w dodatku żona będzie robić wymówki.

Jeszcze tylko trzeba jebnąć w baniak karpia, bo małżonka – uważacie – wrażliwa jest i na męki zwierzątka nie może patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez zmrużenia oka, garbata owca.
Przynieść i przystroić choinkę. Z dzieckiem, „żeby miało ciepłe wspomnienia z dzieciństwa”, a ono w dupie ma choinkę, mnie, Boże Narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny może mieć jakiekolwiek wspomnienia?

No i kolacyjka wigilijna.
Rodzinna, mać ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co za kutas wymyślił ten łzawy termin „rodzinna wieczerza”? Przyjdą wszyscy ci, od których na co dzień trzymam się z daleka z dobrym skutkiem.

Usiądziemy za stołem… A nie, pardon, najpierw prezenty!
Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć, choć z góry wiem, że ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków dopełniłby liczną kolekcję podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś kosmetyki. Jakie – będę wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w pobliskim supermarkecie zaczną wyprzedawać to, czego nie udało się upchnąć ludziom. Po prezentach się zacznie.

Te same kretyńskie dowcipy wuja Bronka, zwłaszcza, kurna, ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego psa po to, żeby narzygał w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, „jak to dobrze, że trzymamy się razem”. Gówno prawda akurat, co wykażą następne dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już, zacznie wyzywać swojego ślubnego od złamanych chujów.
To oczywiście prawda, ale dlaczego popierać to rzucaniem w niego salaterką po śledziach? Mniejsza o jego mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze przez dwa tygodnie po Wigilii.

Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku 6-letnia latorośl kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie kolacji i nie zakomunikuje o tym radośnie jeszcze przed deserem. Bo to, że coś wywali sobie na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko muszę przeżyć
debilne gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście skoczą sobie do gardeł i na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula Jadzia puści maleńkiego pawika na ścianę koło swojego fotela i można będzie odtrąbić koniec męczarni.

A nie, byłbym zapomniał. Kolejną rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to religijna rodzina. No to pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą cholerę tłuc się po nocy, żeby stać na
mrozie w bezruchu przez godzinę czy więcej. Ciekawe, czy moja małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach kościółka – jak to robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W kościele, jeśli tam się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni tylko dlatego stoją na własnych nogach, bo za duży tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś beknie albo puści głośno bąka, ale i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo wszyscy drzemią na stojąco. Wracając trzeba tylko będzie uważać na chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka młodzież szczególnie lubi wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka Edka, ale on chyba tego nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę.

Wreszcie wychodzą z chałupy, wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych troglodytów jest najszczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka dni odpoczynku. Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się kolejny kretyński wynalazek – Sylwester.

Ludzie! Kto to wymyślił Już od listopada ślubna wydala z siebie idiotyczne pomysły, żeby pójść na „jakiś bal”. Jakbyśmy srali pieniędzmi… Albo żeby gdzieś wyjechać, gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod fikusem, będzie miała tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na balandze u Witka.
Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje, że to jakiś uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół budżetu domowego na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku po nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat w Somalii przez kwartał.

Ja się wbijam w garnitur, bo europejska cywilizacja wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na siebie marynarę, co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy postronek.
I tak mam przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i jazda, a małżonka kładzie sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do pierwszego stawu, a daje rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed konserwacją. I zajmuje ze trzy godziny. Łazienka, oczywiście, zajęta i wszyscy pozostali domownicy mogą szczać do zlewu, jak mają potrzebę, albo niech zdychają na uremię.

U Witka ten sam zestaw ludzki, ale czasem trafia się coś nowego, na czym można by oko zawiesić. Jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą chałupę, to ryzyko za duże. Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą doprowadza się do stanu, w którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być radosnym jak młody pies, szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w
tany, nawet jeśli ni pyty nie mam o tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy miotają się w konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli się z tydzień.
Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko, na co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego najlepszego, choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił czym prędzej.

Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu – rozmazane makijaże kobitek (najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie mordą w sałatkę), śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w kiblu. Norma. Ja, oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu. I tak zakończę ten najgorszy okres w roku… (…)”
***

ŚWIĘTA to chyba jednak nic fajnego..


  • RSS