shamo blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2003

35.

Brak komentarzy

Dzisiaj część męska miasta jakoś dziwnie odświętnie chodziła ubrana, jakby czekając na coś. Na jakieś życzenia z okazji Dnia Samca, czy (jak już wcześniej stwierdziłam) ‘coś’… Naiwni.
W Cat’s Paw kelnereczki dzisiaj obsługują Wojskowego Grigorija, bo podobno starszy się dziś zrobił i trza to opić. Ja się tylko czasem zastanawiam, kiedy oni trzeźwieją… Jajnik_Ale_Z_Jajami mówi, że nie trzeźwieją. Że to było by nie ekonomicznie. No cóż, pewnie ma racje (nie wiem tylko czemu uparcie dodaje, że jego tata był dentystą).
Ponadto zapanowała moda na Dowód Osobisty (ewentualnie Profil), czyli plakietkę wypełnioną danymi i władze Shamo autentycznie rozpatrują sprawę. (A przybrana mama ciągle mówi, że taka zajęta jest, że z przykrością to stwierdza, ale nie może wysłuchać wszystkich moich trosk, smutków i żali.) (Tylko niech mi nikt nie próbuje powiedzieć, że już mnie mama nie kocha.) (Kilka sprawnych filipinek mam jeszcze w zapasie i nie zawaham się ich użyć.)
Przypadkiem się ostatnimi czasy natknęłam na rozmowę na temat podniesienia poziomu kultury (hehe) w mieście, a to za pomocą Wojskowego Jabota (co to chyba nie zabił nikogo ostatnio, bo zaczyna mieć za dużo wolnego czasu który poświęca na myślenie). Wpadł on bowiem w twórczy wir i począł tworzyć KOMIKS. Ciekawostka przyrodnicza, typu „pomarańcze”. Ech, zjadło by się coś takiego… a nie tylko te nadziewane dżdżownice… Tak w ogóle, to przed reformami czernobylskimi chyba się nie jadło dżdżownic (ostatnie odkrycie któregoś ze Skrybów). Dziwne. Co więc oni mieli za smakołyki?

mum

6 komentarzy

mum tu była :P

P.S. i rewolucje zaczyna … uważać na głowy :D

34.

2 komentarzy

Yay! Remont skończony! Mam wreszcie szyby w oknach!
Wojskowy Jabot natomiast, chyba zamierza gdzieś uderzać w konkury, bo ostatnio pyta wszystkich na ile pozytywny jest jego wizerunek. Zwykle kwitowane jest to nową odmianą slangową hasła-sztandaru Shamo – „Dobra kawa, zdejm kapelusz”, zredukowanego teraz do „herbata zdejm kapelusz”. Ah ta ewolucja. Fajnie by było, gdyby również dosięgła albumu rodzinnego, a nie ciągle była na etapie zalążka. Ale wszystko w swoim czasie. Na razie.. Czy ja już wspominałam, że mam szyby w oknach?

33.

6 komentarzy

Ostatnie ubytki w zapasach alkoholu, przypomniały nam o nagłej i rychłej potrzebie na stałe ich uzupełnianie. Zimy przecież możemy nie przetrwać. Nie bez opału, sdi i napojów wyskokowych.
Powstał tedy pomysł na założenie własnej bimbr pędzącej jednostki specjalnej. I tak w jej skład wkroczył dumnie, młody i niedoświadczony w tej materii Skryba Space Ace (tak tak, ten co tak usilnie szukał materiałów doszkalających w dziedzinie postępowań w wyniku wybuchu bomby A) (Dalej się zastanawiam, czy on przypadkiem jakiejś niespodziewajki nam nie szykuje. Przecież za ucieszne majstrowanie go w końcu Technicy wyrzucili.). Radami służący mu, to zacni: Wojskowy Jabot, Podróżnik Plezi i JaWiemNajlepiej Doc. Pozostali również dorzucają skrzętnie swoje pięć groszy, licząc na załapanie się na stanowiska Testujących.
Poza tym, niewiele się dzieje ciekawego. Jak zwykle starzy i spróchniali dyskutują na wieczny temat polityki jakiegoś zadupia, a w Cats Paw o serach temat się nawinął. Pewnie liczą na metamorfozę shamowskich kelnerek w brahmińskie dojarki. Hehe. Będzie ich to bolało.
Obywatel Fireice rozlepia ponadto wszędzie te swoje plakaty z ogłoszeniami konkursu. Gdyby tak jeszcze proponował w ramach nagrody jakieś wakacje w nieopromieniowanym zakątku piwem i miodem płynącym…

32.

3 komentarzy

Podobno przed wojną mówiło się na to „kac”. Próbowano nawet lekarstwo na ową przypadłość wynaleźć. Podobno się udało, tylko recepta, jak Semipałatyńsk, pozostała tajemnicą rządową. I dlatego przeciętny zjadacz sucharków – cierpi męki nieziemskie, najczęściej porankami. Cierpi tym bardziej, iż w tym tygodniu wiele okazji do świętowania rocznic narodzin naszych szanownych shamowców było. I w następnym tygodniu – też będzie. Przecież to grzech nie wypić kolejki za zdrowie Wojskowego Bio Hazarda, Skryby Death Eater’a czy Obywatela Khalbara. Szczególnie gdy ze schronu butelki wina, pamiętające prezydenta Osamę B.Ladena, wyciągnięto i na „dobry początek” otworzono.
Delektując się antycznymi „Komandosami” (czyt. „tanim winem i dobrym” a może „winem dobrym i tanim”, ewentualnie „winem dobrym bo tanim”) z ukontentowaniem patrzyliśmy jak Obsydian i Kazul w swej niezmierzonej hojności, jeszcze lepsze dobra tłumowi rozdają… Dobra. Dobra dobra. Wszyscy wiedzą, że.. ekhem. W ramach poprawności politycznej nie dokończę tej myśli. Wracajmy więc do relacjonowania.
…I tak pito od rana do wieczora, i od wieczora do rana, odrywając się od przysłowiowych procentów na pogaduchy o kluczach federacyjnych przy ogniskach palonych na taczkach (zwyczajem starodawnym i uświęconym), na życzenia zdrowia, szczęści i niskich radioaktywnych opadów, oraz na próby łapania ślimaków przeznaczonych na zagrychę. Ślimaki jak zwykle spierdalały jednocześnie w kilku kierunkach i trudno było za nimi nadążyć, więc na samych próbach się akcje kończyły.
Kilka salw na cześć pięknych kobiet i solenizantów poszło, kilka szyb „się” wybiło, parę zębów – obluzowało, więc wszyscy mogą wracać do pracy. Dahepiend. A właściwie to weekend [wielki radosny uśmiech].
I gdyby jeszcze nie ten „kac”…

31.

8 komentarzy

Doc film robi. Ewentualnie: Doc robi film.
Nie, nie wiem czy go „kręci” czy „filmuje”.

„Day of the Docents”
/od listopada na ekranach kin../
In the post-apocalyptic world, full of blood-thirsty Docents, stupidity is the superior goal. But shooting fast and accurately is not enough to stay dumb. Every day is an endless search for imbecility, foolery, weapons and ammunition. Every new day brings new idiot. The adequate survival strategy becomes more and more important. You’re not a hero. You’re not a hunter. You’re the idiot. Survive, if you can and don’t let Docents eat you alive.

(„Mogłaby z tego fajna gierka powstać. Akurat na poziomie intelektualnym co poniektórych” dop.pies)
A tak w ogóle, to pan-Nauczyciel-co-ciągle-struty-leży („Hehe” dop.pies) wepchnął nam kopie holodysków z materiałem o Piratach. Takich Raidersach z przeszłości. Bardzo odległej.
Obejrzałam więc sobie owy film dokumentalny, pt. „Piraci Karaibów : Klątwa Czarnej Perły” („Głupi film z małpami i papugami. Lepiej ‚Lassie’ obejrzyj.” dop.pies). Muszę powiedzieć, że tak oto, w ten a nie inny sposób, przy tej okazji i pod tego wpływem, narodziła się moja miłość („Zdrada!!!” dop.pies). Pierwsza, czysta i niewinna młodzieńcza miłość. Kapitan Jack Sparrow. [maślane oczęta] [głębokie westchnięcie] [rozmarzony uśmiech].
Tak wiem, trochę za stary dla mnie. Ale czyż prawdziwa miłość zwraca uwagę na wiek? („W tym przypadku to nekrofilia..” dop.pies)

30.

7 komentarzy

Dzisiaj w szkole, pani Nauczycielka próbowała wbić do naszych (o wysokim współczynniku odporności na wiedzę) głów, historię Wielkiej Wojny, poprzedzającej Wielkie Bum i Wielkie Nic.
Zrozumiałam tyle tylko, że okropnie dawno temu, źli i brzydcy ludzie zburzyli coś dużego pewnym głupim i przemądrzałym ludziom (bo byli głupi i przemądrzali), i dlatego ci ostatni byli bardzo źli na tych pierwszych i chcieli się im odgryźć. To jeszcze nie koniec. Głupi ludzie, mimo iż byli naprawdę głupi, mięli jednak porządne zabawki sprawiające_ból i nie wahali się ich użyć Zburzyli więc dużo dużych cosiów złym i brzydkim, ale nie dlatego że tamci byli brzydcy, ale dlatego, że byli źli. No, mniej więcej o tym pani Nauczycielka mówiła. Z tego całego burzenia, wynikło to, że… eee… zburzyli „stary porządek” doszczętnie. I dlatego podobno mamy teraz takie duże mruffki i ziejące ogniem jaszczurki. Ano, i dwugłowy krówki dające czekoladowe mleko, które przyszły nie wiadomo skąd i w sumie z niewiadomo kim (Wojskowy Gerard Heime najpierw strzelał, potem pytał).
Ależ ten świat jest skomplikowany dla 16letniej dziewczynki z jajnikiem chorym na wściekliznę, który na dodatek ma pchły wielkości piłeczek golfowych.
Czy ktoś mi w końcu powie co to jest ten golf?

29.

4 komentarzy

Wznoszę oficjalny protest przeciwko noszeniu skarpetek!
Drapią, uwierają i śmierdzą! NIE SĄ NIKOMU POTRZEBNE! A szczególnie, gdy trzeba je sobie samemu uprać. SKARPETKI SĄ ZŁE!
A poza tym, to jeden z tych wyjątkowo_wrednych Nauczycieli się rozchorował (przysięgam, że to nie moja zasługa) (naprawdę) (CZEMU NIKT MI NIE WIERZY?!!) i mam teraz częściej czas wolny od zajęć. Zaglądam więc dziś na Wynalezisko i co znajduję? Książkę! Ale nie byle jaką, bo w twardej, eleganckiej oprawie ze złotym tytułem. Aż serce się kraje ją sprzedawać, ale pusta kieszeń i nowe podwyżki cen mleka mają swój priorytet. By choć trochę wynagrodzić duszy przewagę zachcianek ciała, uwaliłam się na stosie kocy i poduszek i poczęłam zagłębiać się w lekturze.
Przyznam, że język mi się jakiś dziwny wydaje. A i historyjki składające się na dziwnie budowaną fabułę, jakieś takie.. dziwne? Jajnik podpowiada: nawiedzone, i szczerzy podejrzanie pyska. Gdy pokazałam mu ową książkę wybałuszył tylko śmiesznie oczy, upodobniając się do zmutowanego żabiska, co to podobno niegrzeczne dzieci nocami porywa. Po tym jednak jak przeczytałam mu kilka fragmentów, zaczął dosłownie sikać pod siebie ze śmiechu. Owszem, historyjki bywają albo okropnie naiwne, albo irytujące, albo.. ee, słowo mi uleciało. Tak czy inaczej, książka nie jest zła. Chyba. No nie wiem w sumie. Jestem ciekawa jakie autor napisał zakończenie. A właśnie, to dopiero jest dziwne, że nigdzie nie mogę znaleźć nazwiska autora! Same imiona się tu przewijają. Może to zbiorek opowiadań?
Zawołałam Obsego. Długo się ociągał, bo ostatnio w ogóle nie chce mu się pupy gdziekolwiek ruszać, ale w końcu przylazł. Popatrzył na książkę, złapał się za serce jakby miał jakiś atak i chwilę tak stał niczym słup soli. Jajnik dusił się pod poduszką ze śmiechu, ale słowem się nie odezwał. Dalej nie odzywa się do nikogo prócz mnie.
Przybrana mama zabrała mi książkę. Powiedziała, że to nie dla dzieci, i że mam się trzymać z daleka od tego tytułu. Mówi, że tam za wiele przemocy i gwałtu, i że będę miała po tym skrzywioną psychikę. Bardziej niż mam, to znaczy.
No ale nic. Przynajmniej mi zapłaciła za nią, nim użyła jej jako podpałki do kominka.
A mrozy nadchodzą.

28.

1 komentarz

Wróciłam do Shamo, a tam osobniki ogarnięte żądzą wiedzy zaatakowały część posterunków. O napromieniowaniu rozpowiadając, o cywilizacyjach i ustrojach filozofowując, przy okazji TNT majstrując.
„Nie ma ludzi normalnych. Są tylko źle zdiagnozowani”.

27.

Brak komentarzy

Jako iż trzeba było konstruktywnie wykorzystać owe dwa legalne dni wolne od nauki nim się rozpocznie tych pięć nielegalnych, popędzniłam (podobno tak się mówiło przed Wielkim Bum) na Zielone Wzgórze (które ani nie jest zielone, ani tym bardziej wzgórzowate) na wielki festyn.
Co to się tam nie działo! Jakieś kolorowate ludzie poprzebierane różnorako, chodziły i wymachiwały drewnianymi kołkami krzycząc „Na pohybel wszystkim skurwielom i fanom trolli”, albo wydając dziwne dźwięki imitujące podobno jakoweś lasery. Nawet jakieś przedstawienia odgrywali, o szukaniu artefaktów, chlaniu wina, śpiewaniu sprośnych piosenek i szukaniu artefaktów. Czy jakoś tak. Lud jest prosty, więc i prosta fabuła była (a przynajmniej tak się aktorzy tłumaczyli).
Ktoś znalazł jakąś książkę zatytułowaną „Głupiec na Wzgórzu” i nazwa dla festynu się przyjęła. Inny ktoś narysował mojego jajnika na ścianie, dopisując mu koło ogona „merd merd” i otrzymał za to jakieś inne książki. Nie_Fafik_Bardzo_Nie_Zadowolony chciał się domagać jakichś praw autorskich, czy ochrony danych osobowych, ale ogólna wrzawa radości gdy polało się piwo strumieniami, jakoś go zagłuszyła. Nie mówię, że nie brałam w tym udziału, tak tylko wodzę oczyma po tych „gotyckich sklepieniach”, gdy Za_Fafikopodobne _Zdrobnienia_W_Pośladki_Gryzę na mnie patrzy.
Tak więc było zabawy co nie miara, szczególnie przy debatach nad stanem zdrowotnym Ghula Pilipiuka. W końcu, jako najstarszy i najlepiej trzymający się ghul, dostał Puchar Czegoś_Tam i impreza dobiegła końca. Pewnie już niedługo pociągnie, więc owy Puchar można będzie w następnym roku wręczyć komu innemu (w tym roku przeszedł on z rąk [do końca twardo na nim zaciśniętych] imć ghula Ziemkiewicza).
Poza piciem i oglądaniem cudaków ganiających się z drągami po korytarzach, można było jeszcze zobaczyć cudaków ganiających się z pistoletami na strzałki gumowe (wynaleziosko roku) po korytarzach i cudaków siedzących spokojnie na owych korytarzach, grających w karty. Ano, i jeszcze stoły zapchane książkami, zawadzające na tychże korytarzach wszystkim ganiającym się.
Reszty nie pamiętam. Znajomy stawiał kolejki w ramach swoich urodzin (druga sprawa, że to już trzecie jego w tym roku) i… kamerzysta przestał kręcić, film się urwał, prąd odcięli i takie tam.
Było bardzo fajnie, a teraz bardzo fajnie nie jest. Całe południa trza spędzać w ławkach, a nie pod nimi, co na dłuższą metę jest odwadniające.
A tak poza tym, to już mówiłam, że chyba jestem chora?


  • RSS