SHAMO 3.0
Były obietnice...
Były nadzieje...
Były radości...
Były smutki...
Były sukcesy...
Były porażki..
Ale oto dzis... W ten piękny poniedziałek... Z niespecjalnie piękną pogodą... Loguje się i oczom nie wierzę, oto SHAMO 3.0!
Kto nie wierzy niech zmierzy.. znaczy sprawdzi oto nowa jakosc postnuklearnego świata, nowe możliwości nowe nadzieje... A to dopiero początek, ojjj będzie się działo jak na Wielkiej Orkiestrze Nuklearnej Zagłady! Wkrótce nasz Wódz Naczelny Obsydian znowu nas zaskoczy :))
skomentuj (8)
OLDTOWN 2006 by widgetrex, czyli jak to wyglądało z oka złego Szeryfa… part 2
Na miejscu godz: niewiadomo która, od tej pory czas w postaci godzin minut i sekund przestał istnieć ;)
Wysiadamy, albo raczej wypadamy w końcu z pociągu. Spanie na drzwiach w pociągu zdeformowało mi trochę plecy, no ale przecież czego się nie robi dla Oldtown. Zbieramy się w kupę z Wielosferem, Hammerem, Shafą, Boonem i jego kobietą oraz Wędrowcą. Jako że tylko ja znam drogę robię za przewodnika (wtedy jeszcze nie wiedzieli, nie nazywajcie ich głupcami :D ). Chwila marszu przez skrzyżowanie i jesteśmy na przystanku autobusowym. Zaczynają się schody bo nie jestem pewien którym autobusem mamy jechać a rozkład jazy pokazuje tylko połowę trasy i wynika z niego, że nic na lotnisko nie jedzie. Wpatruje się w niebo w poszukiwaniu zagubionego SU-27, no bo może ktoś zapomniał wylądować tu kilkanaście lat temu i jeszcze krąży prosząc o pozwolenie. Nagle stwierdzam że to niemożliwe bo przecież kto by tak długo przeżył bez piwa! Uświadamiam sobie że jestem głupi bo przecież na przystanku siedzą ludzie i można ich zapytać, podchodzę do jakiegoś młodego kolesia, on jedyny gapi się w chodnik i udaje, że nas nie widzi, reszta trzyma bezpieczny dystans widząc bandę czubków z których połowa wygląda jak wojsko a połowa jak sekta postapokaliptyczna:
-Sory, nie wiesz co jedzie na lotnisko?-pytam
-Nie wiem- koleś odpowiada jakbym miał mu zaraz urwać głowę i nasikać do szyji
-A ja wiem co jedzie-autobus jedzie! -odpowiadam z uśmiechem, ale on chyba nie załapał bo nadal wygląda jakby umarł i zapomniał zmartwychwstać. Nie wiem czy ktoś inny nam powiedział w każdym razie po chwili mamy pełną świadomość czym mamy jechać więc czekamy dalej robiąc sobie jaja ze wszystkiego i niczego. Zjawia się autobus, wszyscy się pakują do środka, robią dużo hałasu, ludzie panikują, widze jak jakaś babcia typu moherowy beret wz. Ok. 80 chce wyskoczyć w popłochu przez okno, w końcu nie wyglądamy jak poplecznicy ojca dyrektora i pewnie jesteśmy z SLD ;)
Mimo tego docieramy na miejsce, jakaś miła pani informuje nas że będzie wysiadać tam gdzie my, to będziemy wiedzieć że to tam (nie wiem na co liczyła w zamian, ale chyba się zawiodła). Dochodzę do wniosku że skoro nam pomaga to pewnie jakaś satanistka albo konkurencyjna sekta i trzymam bezpieczną odległość mimowolnie szukając noża. Wszystko dobrze się kończy i znajdujemy się na drodze pieszej. Już po chwili stwierdzam że osoba, która malowała strzałki musiała sporo wypić bo malowała je na prostej drodze, a na rozstaju już nie. Czekam na pierwsze pytanie :daleko jeszcze? I pada ono prawie na początku, zgodnie z moimi przypuszczeniami. W zeszłym roku sam pytałem w tym miejscu, dopiero później się zdziwiłem ;]
Oldtown dzień 1
Dotarliśmy w końcu na miejsce. Niewiele się zmieniło na pierwszy rzut oka. Mijamy bramę i kierujemy się w stronę baru. Marzę tylko o browarze, no może o czymś jeszcze ale nieważne. Kiedy jesteśmy już na obozowisku, widzę że ktoś schodzi z górki. Spoglądam swoim ślepym okiem po czym otwieram też to niewidome żeby lepiej widzieć i postać przypomina mi entropa wiec krzycze z daleka: TY DZ***O! Nic. Żadnej odpowiedzi. Przecieram oko nożem czując jak coś spływa po policzku i nagle okazuje się że to wcale nie entrop, a kolesia w ogóle nie znam. Ale co tam, nie tylko entrop to… :D Idę dalej, reszta się już gdzieś rozeszła więc szukam kogoś żywego, obeznanego, będącego tu dłużej niż ja i przede wszystkim mającym piwo, ale znajduje nie wiem kogo, bez browara i na dodatek jako namiot, w którym śpi pedał marteenez wskazuje namiot gdzie śpią 3 k***y i ich alfons Theya. Wchodzę z zamiarem ostrego sexu na przywitanie rozpinając po drodze rozporek a tu nagle widzę bandę zgoniarzy i Theyę pośrodku. Jaką miałem minę wiedzą tylko wtajemniczeni… cała reszta musi mi uwierzyć na słowo że przez dłuższą chwilę nie mogłem się ruszyć z miejsca. Ze zdziwienia podniecenie odpadło i nawet po spotkaniu z marteem nie mogłem go zapiąć jak zwykłem to robić wcześniej.
W trakcie tego dnia większość czasu spędziłem na witaniu się, rozmowach i tym podobnych pierdołach. Wieczorem rozpoczęła się inauguracja.
Najpierw wpadli SGS i BOB’y. Odwalili kawał dobrego sexu grupowego na środku ku uciesze reszty zlotowiczy, niestety kobiety nie chciały się dołączać, na placu została tylko biedna Marcy, która stanowiła zdecydowaną mniejszość, na szczęście Wojtek nie jest zazdrosny, obyło się bez ofiar. Później była prezentacja grup, znowu cmd. Morbus i cmd. Rhotax wyszli na środek pochwalić się co będą robić, przy okazji były niezłe jaja bo zrobili fajną szopkę. Ja cały czas myślałem kiedy w końcu się nachleje jak wieprz, więc nawet nie pamiętam o czym gadali, ale co tam kto był i się interesował to wie. Ja wiem że Berg już czekał. Później wyszła cała reszta czyli szpon ze swoimi inkwizytorami i zabawkami prosto z sexshopu z mocno rozbudowanym działem SM, karawaniarze - rodzinka z piekła rodem, mój wrzód na zadzie i generalnie wszystkie frakcje Oldtown które miały coś do ponu… eee.. znaczy do powiedzenia. Mniej więcej w momencie w którym jawa staje się snem i zaczynam chrapać (może nie tak jak prezes, ale na wszelki wypadek spałem w schronie z dala od cywilizacji) uslyszałem huk. Poderwałem się na równe nogi i już miałem powiedzieć :sory wymsnęło mi się ale zauważyłem że nikt nie patrzy na mnie tylko w stronę wałów. Obróciłem się i widzę że raidersi walą do nas jak do kaczek. Chwyciłem za broń i z okrzykiem: do ataku ! biegnę co sił w nogach strzelając do kogo popadnie, niestety za mało wypiłem więc sprint to nie był, reszcie też się aż tak nei spieszyło, przez myśl przelatuje mi myśl że mogłem krzyknąć: oni rozdają browary za darmo! Myśl szybko przechodzi bo zaraz pojawia się obraz tratowanych przez tłum ludzi, połamanych kości oraz ludzi wyglądających jak zombie( ręce wysunięte i majaczą: piiiiiwa… piiiiiwaaa). Wpadam na wał potykając się po drodze o coś kilka razy (skutek za małej ilości krwi w alkoholu) i walę do nich. Niestety uciekli, no cóż może faktycznie mieli przy sobie browara… Koniec inauguracji. Teraz miasto wraca do normalnego pic… życia chciałem powiedzieć.
Cdn nie nastąpi, kto nie był niech żałuje, kto był wie jak było :P
skomentuj (3)
OLDTOWN 2006 by widgetrex, czyli jak to wyglądało z oka złego Szeryfa…
OLDTOWN 2006 by widgetrex, czyli jak to wyglądało z oka złego Szeryfa…
Please standby….
Czwartek 20.07.2006 godz. 20:30
Czekam w umówionym miejscu na Hammera, mieliśmy się spotkać pod głównym we Wrocku, dokładnie o 20.30, wyjechałem więc wcześniej z domu żeby młotkowa inteligencja nie musiała stać sama na nieznanym terenie. Jak zwykle pełno ludzi wkoło, plecak trochę waży, ale powinien być lada chwila więc looz. Ludzie dziwnie się na mnie patrzą bo stoje w koszuli polowej z flaga RPA na ramieniu, spodniach khaki ¾ a na domiar mam wielki plecak moro do którego jest przytwierdzona łopatka piechoty (specjalnie dla Wolva ;) ) i ciężkie wysokie buty. Podchodzi do mnie jakiś menel po ogień i pyta czy rezerwa, niemal mnie rozbawił wiec ja go pytam czy widział kiedyś trzeźwego rezerwistę z plecakiem i flagą RPA, nie wzruszyło go to specjalnie bo oddając zapalniczke powiedział ze nie wygladam na murzyna… (tu już się nie powstrzymałem od śmiechu).
Czwartek 20.07.2006 godz. 21:00
Zaczynam się zastanawiać gdzie się podział Hammer. Powinien być jeśli nie 30 min temu to chociaż 10, ale myślę sobie że może autobus się spóźnia, plecak zaczyna trochę ciążyć. Pale fajke za fajką z nudów i myślę że młotek pojawi się lada chwila…
Czwartek 20.07.2006 godz. 21:30
Jestem już mocno zniecierpliwiony (żeby nie powiedzieć mniej dyplomatycznie), patrzę wnikliwie na każdą osobę z plecakiem wyglądającą jakby pierwszy raz w życiu miasto widziała, ale żadna nie jest podobna do hamma którego widziałem na zdjęciu… Wiem że ma mój numer telefonu, więc sprawdzam czy jest na pewno włączony. Na wszelki wypadek wyrywam korzenie z chodnika i podeszw i idę sprawdzić pozostałe wejścia na główny. Zastanawiam się czy nie umówiliśmy się w Wawie, ale szybko porzucam pomysł. Plecak waży już przynajmniej 2 razy tyle co na początku ale marsz po dworcu pozwala mi na chwilę o tym zapomnieć. W przelocie myślę sobie że w Oldtown jest już pewnie imprezka na całego, a mnie tam nie ma…. Podejrzenie wzbudza u mnie koleś rysopisem przypominający młotka, przchodził koło mnie ze 4 razy, ale nie podszedł mimo, że nadal stoję w umówionym miejscu, daję sobie spokój z zapytaniem, pomysł tabliczki z napisem Hammer ty ch***u też szybko odchodzi w zapomnienie.
Czwartek 20.07.2006 godz. 22:00-24:00
Mam dość. Przekonany że Hammer zamawiając bilet na autobus zrobił błąd jakikolwiek i pewnie w tej chwili jest już w Uzbekistanie czy w innym podobnym czymś postanawiam muszę zrzucić plecak który przygniata mnie coraz mocniej do ziemii. Także stanie 90 min w tym samym miejscu (nie licząc małej wycieczki po dworcu) lekko mnie już znudziło a i meneli jakby mniej i nie ma się z czego pośmiać (pewnie doszli do wniosku że jestem wariatem i lepiej się trzymać z daleka, albo uwierzyli że jestem murzynem i są rasistami). Postanowienie jest mocne i stanowcze: idę na pyffko. Kolejny raz wędruje przez dworzec wychodząc bocznym wyjściem i zmierzam ku jednemu z dworcowych barów. Zrzucam w końcu plecak, ludzie obrzucają mnie dziwnym spojrzeniem a ja siadam wygodnie w niewygodnym krześle i proszę o piwko. Duże czy małe-pyta barman. No oczywiście ze duże-odpowiadam zmieszany, no bo przecież co, chorego się pyta? OK-odpowiada barman i już po chwili pieni się przede mną 1l. pysznego kuflowego niewiemczego (dopiero zrozumiałem pytanie o rozmiar). Piję jedno, później kolejne, rozmyślam o Oldtown, Hammerze i jeszcze kilku ważnych dla mnie osobach, co chwilę paląc fajkę i spoglądając na telefon. Po 3 piwie stwierdzam że Hammera ktoś zgwałcił i porzucił w krzakach, ale mam jego bilet, może uda mi się go sprzedać. Humor mi się nieco poprawia i ludzie w barze jakby bardziej śmieszni mi się wydają, więc zamawiam kolejne piwka, tak że w momencie kiedy wypijam piąte i mam już solidną bombę zdaje sobie sprawę że jest północ i za 30 min odjeżdża pociąg. Zmuszam swój pijany zewłok do pełnej gotowości bojowej, zarzucam na siebie zdecydowanie za ciężki plecak omal nie przewracając stolika i staram się z rozpędu trafić w drzwi wyjściowe (co jest małym problemem bo lokal jest oszklony). Życie ratuje mi fakt, że po obu stronach drzwi stoją jakieś kwiatki co pozwala mi na ustalenie właściwego kursu. Przechodzę przez drzwi i dumny z siebie robie wielkie koło po ulicy skręcając w lewo do dworca. Cieszę się sam do siebie jakbym był nienormalny (z powodu upojenia zapomniałem o tym) i kieruje się w stronę dworca. Podczas tych 3h w barze zjawił się huragan co nie pozwalało mi na poruszanie się w linii prostej, ani też na rozwinięcie odpowiedniej prędkości. Przez huragan miasto zrobiło się bardziej kolorowe (pewnie jak byłem w barze wszyscy masowo montowali neony żeby mi się lepiej szło). Droga dłuży się niesamowicie a wiatr co chwilę rzuca mi jakieś rzeczy pod nogi w związku z czym potykam się ale brnę dalej. Po tak ciężkiej przeprawie docieram do holu dworca, niestety tutaj też wieje, a na domiar złego daje się odczuć małe trzęsienie ziemi, przez co literki na tablicy informacyjnej tańczą i podskakują. Chwila skupienia i…jest 3 peron, azymut wyznaczony, mogę iść. Wrzucam 1/3 naprzód i po chwili (dziwnie dlugiej) spoczywam na czerwonym krzesełku opierając się o leżący obok plecak. Siedzę tak chwilę i widzę tego gościa którego wcześniej podejrzewałem o bycie Hammerem. Lezie do mnie z wielką torbą, no ale ja to zawsze mam pecha, pewnie będzie chciał pogadać i pożalić się na ciężką torbę, albo zrobi sobie ze mnie prywatną informację turystyczną. Kiedy stoi już na tyle blisko że mogę go kopnąć w krocze moje rozmyślania przerywa pytanie:
-Ty jedziesz do Stargardu
-Tak
-A no to fajnie- i koleś siada koło mnie.
-Hmmm, my się znamy?- pytam zdziwiony
-A nie znamy? - pada odpowiedź. W tym momencie stwierdzam że nie wiem co on palił/pił/brał ale też to chcę. Ale nagle przychodzi ciekawa myśl, więc pytam:
-Hammer?
-No a k**a kto? -odpowiedź mnie prawie nie zaskakuje. Zaczynają się przywitania, lecimy w ślinę (tego miałem nie pisać ale co tam, ku pamięci ;) )
Wkrótce potem poznajemy pozytywnie zakręconą ekipę Wielosferu i wspólnie pakujemy się do pociągu.
Dalsze przygody złego szeryfa na Oldtown w następnym odcinku Shamowej telenoweli ;]
skomentuj (7)
Przygotowania Oldtownowe.
Przygotowania ruszają pełną parą. Jestem jednym z Orgów, więc widzę wszystko „za kulisami”. Wszyscy uwijają się jak w ukropie. Atmosfera jest równie nerwowa jak w 2005 roku, ale teraz widać że doświadczenia poprzedniej edycji pozwalają nam na więcej działań. Rawdanitsu: szef wszystkich szefów trzyma rękę na pulsie, pilnuje żeby nikt się nie opierdzielał i żeby prace szły ciągle naprzód. Zamieszanie w szeregach OoO wprowadziła na chwilę tzw. „Sprawa Maciusia”, ale sytuacja została szybko opanowana.
Przyszli konwentowicze tłumnie oblegają tablicę OoO. Pojawiają się coraz to nowe pomysły na stroje i na zniżki, no i oczywiście wszystkim chodzi po głowie temat tańca na rurze, ale chyba zapomniałem o tym wspomnieć a to przecież temat gorący aż parzy! Ale od początku: nasza koleżanka Ogoniok znana również jako Ruda postanowiła na Oldtown zatańczyć na rurce. Oczywiście nie topless (bo przecież po co ma być widać od razu wszystko) tylko w mokrym podkoszulku. Chyba nie muszę mówić jak wyglądała reakcja 99% shamowych facetów (wolnych). Naliczyłem co najmniej pięciu którzy nie pojawili się od tamtej pory, mogę tylko przypuszczać co jest tego powodem ;) W wyniku tego globalnego podniecenia trzeba było obstawić stanowiska osobistego ochroniarza(Ja) oraz kochanka(Wolv). Nie specjalnie spodobało to się niektórym amantom, ale ja nie narzekam, jako ochroniarz będę musiał być przy nich cały czas, a że mam z Wolvem dużo do pogadania to mi akurat pasuje
Ufff koniec tego gadania o Oldtown, kto nie był: niech przybędzie, kto był: niech powraca, a kto nie chce być: to zdrówka życzę.
A teraz idziemy na jednego…
skomentuj (3)
Shamowo-mundialowe poruszenie...
Trwa mundial. W związku z tym w Thunderdomie rozgorzała dyskusja. Ten lepszy, ten gorszy a ten to w ogóle szkoda gadać... Nie licząc zbliżającego się Oldtown to najczęściej odwiedzany temat ostatnich czasów.
Dziś zabawiałem się w odkopywanie grobów w wyniku czego na tapetę wrócił stary dobry temat The Cat's Paw asociation... Ledwie wrócił a już gawiedź chciała wysłać Griga na Eurowizję. Na szczęście przerwałem te niecne zamiary celnym rzutem w sam środek czaszki Griga :P
Jedną z nowości jest pojawienie się w CP tematu dla łazików czyli tzw. turystów. Zainicjowany przez Wolva wskutek naszej rozmowy przez PM. Jeśli okaże się, że na Shamo jest więcej górolubnych elementów być może uda się nam kiedyś skrzyknąć na jakiś wspólny wypad w karkonosze, ale to na razie tylko gdybanie :)
Z pozdrowieniami dla wszelkich sadowników i ich jabłek
widgetrex
skomentuj (2)
gdy nie ma Theyi w Shamo
Hehehe, wszyscy sobie poszli na dożynki więc dorwałem się do tego śmiesznego urządzonka Theyi... Miałem ostatnio kilka nieprzyjemnych przejść, zapisywalem je sobie na kartkach ale teraz nikt mi komputera wyrywać nie będzie więc przepisze to, żebyście wiedzieli jakie niebezpieczenstwa na was czyhać mogą...
Dzień 6 godzina 70
Było ciepłe lato, choć czasem padało... idę do baru bo zapomniałem swego metalowego parasola a tu się na kwaśnie deszcze zbiera...
Ten sam dzień, godzina 8:00
Coś mi nie dobrze... po co brałem piwo z arszenikiem...
Wieczór tego dnia, godzina 19:00
W końcu mnie przestał boleć brzuch - ale zaczęło się mi robić ciemno przed oczyma...
Dzień 7, godzina 8:00
Obudziłem się na chwilę lecz nadal było ciemno... słyszałem tylko krzyki Zdzisia, który prosił o piwo i czułem dziwny swąd spalenizny od Płomyka...
Dzień 8, godzina 10:00
Zrobiło się trochę jaśniej, lecz bardzo mi się chciało pić, więc wziąłem te piwo co stało koło mnie i się trochę napiłem.
Ten sam dzień, godzina 14:00
No tak ciemno to jeszcze nie było... czuję się jak w grobowcu... lecę poszukać na czworaka doktora zanim zrobi się mi ciemno na zawsze ... Dlaczego znowu czuje swąd spalenizny?
Tutaj skonczyło się moje pisanie, musiałem chyba stracić przytomność...
Blademaster
skomentuj (18)
Shamo...., Shamo never changes ? ;)
Wygląda na to że zapanował jako taki spokój, a troche sie działo... cała ta zapija.... tzn... wszyscy nasi-drodzy-klienci bu...baru zalegli nieprzytomni tam gdzie stali lub siedzieli i mam czas żeby cos napisać.
Wrócił w końcu, chyba na dobre, Zalożyciel tego miasteczka naszego, zawsze kojarzył mi sie avatarowo z posępnym kosiarzem, ale się przebrał... i jakos radośniej wygląda. Widać pobyt gdzieś tam na pustkowiach mu dobrze zrobił, a mówią, że radiacja na dłuższą metę jest zła, no i komu tu wierzyc? Jak dotąd jednym skutkiem ubocznym długiego przebywania poza Shamo był plakat z jakimś napisem, który pojawiał się wszędzie tam gdzie Założyciel, na szczęście okazało się, że nie jest to dlugotrwała mutacja i napis zniknał. Paru ludzi myślało ze to zakaźne i czym prędzej, bardzo strategicznie bo z krzykiem, opuściło nasze miasteczko. (No dobra, wiem ze moze bratkami tu nie pachnie ale żeby zaraz szambo?)
Tak wiec szef powrócił pełen werwy i zapału, ustalił nowe zasady, przegrupował co sie dalo i przechadzajac sie od czasu do czasu po uliczkach, zagaduje mieszkańcow. Wiem ze planuje dalsze zmiany ale ja mam narazie dosyć.
A!... zapomniałabym wspomnieć, że zawalił sie jeden z budynkow... stał tu chyba od początku.... to był baaaardzo tajemniczy budynek. Nie każdy miał prawo do niego wejść. Razem z nim odeszła, tak samo spektakularnie jak zawaliła sie budowla, czyli: z hukiem, trzęsieniem, naruszeniem fundamentow i wszelkich zasad, postać będąca istotną cześcią historii Shamo, odeszła na własne życzenie, skazując się na banicje.... chyba wieczną, no ale... zobaczymy. A z budynku zostala tylko piwnica. Gdy pył i emocje jako tako opadly, do miasteczka zaczeli wracać ci, co kiedyś sobie z Shamo odeszli i też wszystkim wydawało się, że nie wrócą. Wprowadzili sie do budynku, stojącego obok tego co sie zawalil, jak dotąd niewiele informacji stamtad wychodzi... narazie kazdy przechodząc w pobliżu, zatrzymuje sie na moment, nasłuchuje czy nie ma jakiejś popcornowej imprezy, czasem wejdzie na chwile by sie czegoś dowiedziec albo tylko rozejrzec.
Wobec stanowczej postawy paru naszych obywateli - Szpona, jakiejś baby i DoPr'a udało sie odnowic pare pomieszczeń, w których po małym remoncie rozsiedli sie pisarze, powieść ponoć piszą, coś o wskrzeszaniu eNeSO czy jakoś tak, nie wiem dokładnie, dowiem sie to napisze wiecej...
A z nowych rzeczy to jeszcze paru maniaków, którym mało okolicznych niebezpieczeństw, wykopali ziemiankę i opowiadają sobie historie makabryczne, lepiej tam nie wchodzic jak chce sie zachować resztki zdrowego rozsądku. Zabrali ze soba Pimpusia. Ale nie ma obawy, czasem uda mu sie wyrwać z entropiczno-smoczych łap i przychodzi sie pożalic do mnie do baru... no i Pimpuś doczekal sie kolegi, co prawda Płomyczek jest wiecznie nawalony tania whiskey, ale przemiłe z niego stowrzenie... dopóki nie zacznie mu sie odbijac po tej whiskey, chociaż od pewnego czasu nikt nie lata po Shamo w poszukiwaniu zapałek wiec może to i dobrze ze Płomyczek zieje ogniem.
Przez pewien czas nie było w miasteczku szeryfa i nie miał kto pilnować więźnioów więc szef ogłosił amnestię, ale szeryf wrócił więc znowu się areszt niebawem zapełni. I dobrze. Smutnie wyglada puste więzienie ;)
Ostatnio cale Shamo żyje dożynkami, które beda już w ten piątek, zapowiada sie wiele atrakcji, w tym występ grupy wokalno-tanecznej, o niewiadomo jakiej nazwie, okaże się na dożynkach, wszyscy są podekscytowani wielce. Jak przeżyje ten szoł, to zdam relacje na pewno.
Nasz lokalny bimbrownik ukrywający sie albo w piwnicy barowej (zdecydowanie czesciej) albo w Trzynastym Schronie (zdecydowanie rzadziej)zostawil ostatnio holodysk na ktorym jest napisane - TOP SECRET, szkoda ze nie rozumiem co ten napis oznacza bo nie znam tego języka, no trudno... moze zapis na holodysku jest po mojemu... sprawdźmy....
blump pip... heh, cos sie wgrywa.... ha! czytajcie sami, mam nadzieje ze to nie są jakies tajemnice :)
_____________________________________________________________________________________________________________
Dziennik labolatoryjny
Dzień 4: Eksperyment nr 9-13/08/05 kryptonim W.Z.Z.M.II
Skrybowie prowadzący:
Skryba Hammer
Skryba Grigorij
Dzień 3 12:45
Przed chwilą odwiedziła nas Theya, po tym jak przyczołgałem się z powrotem Grig leżał już nieprzytomny… cham degustował sam. Pozostało mi tylko posmakowac i powiedzieć w naszym tajnym języku „Bluge, buluu bleee …” co znaczy tyle co: „należy dodać więcej arszeniku…” ** Zapamiętać: Dodać arszenik w proporcji 45:2,3 **
Dzień 4 22:15
Wczoraj była Theya, a może to było przedwczoraj, przedwczoraj? może tydzień temu? Kurcze, nieważne, w każdym razie ja dopiero co odzyskałem przytomność, więc spałem tylko jedna noc… ale po tym kopie nie za bardzo orientuje się co dzisiaj jest za dzień…Zapamiętać: następnym razem użyć świeżych jąder geckosa bo te znalezione na stole w kuchni były wątpliwej świeżości i teraz mam metaliczny posmak… a może to od elektrolitu w proporcji 45:6 zamiast 45:4… W tym momencie obudził się Grig przerywając mi wątek, widać że jeszcze go trzyma, jedyne co wyksztusił: „Bga, uban bugrin” co znaczyło tyle co: „trzeba posłodzić”. Nie czekając na nic posłodziłem dodałem troszkę płynu z butelki z napisem: „DF-456”.. po czym zasiedliśmy z Grigiem do słomek… zassaliśmy wielki łyk… usłyszałem:” Ygar Bleb blob”….
Dzień 5 02:59
Gdy odzyskałem przytomność stwierdziłem iż dalej jest metaliczny posmak, lecz jak zauważył wczoraj(wciąż nie przytony) Grig trochę pali, trzeba czymś zmienić odczyn… z kwasowego na obojętny… ale czym… może pociągane ze słomki i pomyśle…. „Blezer bol yoow”
___________________________________________________________________________________________________________________________
Hmm.... ciekawe, nie powiem...
Gdzie jest Blademaster?
Lece go poszukac,no i postaram sie pisac częsciej...
skomentuj (14)
:)
Przez ostatnie parę tygodni wydarzyło się wiele rzeczy... zlot, nowe stronki/mody - widać, że polska scena falloutowa wciąż żyje!! Lecz nie wszyscy maja czas czytać wszystkie nowości oraz wydarzenia na forum - po to jest blog, na którym streszcza się wszystko to, co cieszy się największym zainteresowaniem... <- to tyle gwoli wstępu i starczy :-)
Theya: Poszłam dzisiaj na dół do piwniczki zobaczyć jak chłopakom idzie robienie trunku wanienkowego, jak można sie było spodziewać Grig i Hammer siedzieli pod wanienką i przy pomocy słomek dokonywali degustacji, // My tylko sprawdzaliśmy czy nie jest za słony// nie byli zdolni do rozmowy, //Nowa jestes i nie rozumiesz jeszcze naszego tajnego języka // coś pobełkotali więc poszłam, nie będę przecież przeszkadzać w tak ważnym przedsięwzięciu... Wracając na górę potknęłam się o glinianą beczkę, w której ktoś chciał ambitnie kisić ogórki chyba ogórki, sądząc po zapachu to... eee...nieważne. Na chceniu sie jak zwykle skończyło a beczka jak ją postawili tak stoi... a raczej stała, bo po zetknięciu ze mną już nikomu nie grozi potknięcie sie o nią, najwyżej może si epokaleczyć o skorupy. Troche szkoda tej beczki, fajna była... //to była ta wspomniana beczka z odpadami która miała zastąpic grafit// No ale nie o beczce chciałam.... z beczki coś wypadło. Jakieś pudło, ha! i nawet wiem co to. To stary komputer, wiedziałam do czego służy i sobie zaczełam przeglądć pliki na nim zawarte. Ciekawe rzeczy tam były, prawie cała historia naszej wiochy i pare zdjęć. //To tu an_ge schowała komputer, chyba się jej nie podobało że oglądaliśmy goła panieki// Całe urządzonko jeszcze nawet dobrze działa, więc będę sobie dopisywać od czasu do czasu to co sie tutaj dzieje, kontynuując dzieło an_ge. Może to byc miła odskocznia po pracy w barze. //Desperacki łyk normalności // Będę chyba potrzebować kogoś do pomocy... kogoś kto mi będzie znosił informacje o tym co sie dzieje, nie mogę być wszędzie i czasem mi się przegapi coś ciekawego. //Pimpuś?// O! wiem kto sie nada i jeszcze mi chętnie pomoże. //Ja i Grig naprani, Widget na polowaniu, Abadon śpi, Spider zaginął, Wolv gdzieś chyba śpi, Teq i Kat gdzieś znikneły, Kaz zaginął, Obsy nie ma czasu, więc kto to może być? Pimpuś?// Co prawda do tej pory błyskał różowym ubrankiem ale Założyciel naszej wioski, wspaniałomyślnie kupił mu nowe ubranko. No i dobrze, niektórzy tu są uczuleni na róż. //Ale tylko jak są trzeźwi// Tak jak myślałam... Blademster się zgodził i teraz będziemy was wspólnie obgadywać dla potomnych... hłe hłe .... Hammer się ocknął, przyczołgał do mnie i zaczął komentować...
Blademster przebiegł się po okolicznych budynkach, dopadła go wena więc niech sobie popisze, ja ide sie przebrać, w pomarańczowym mi zdecydowanie nie do twarzy, wole niebieski.
Blademaster:
Aaaaahhhhhhh, jak pięknie znowu poczuć ten powiew... starości, napromieniowanego powietrza, czy smaku starych dobrych przedwojennych pączków... jednak najbardziej cieszą stare śmieci....
Kiedy przyjechałem do naszej wioski od razu wczułem się w klimat tej starej mieściny. Od razu można było zauważyć, że jesteśmy jednym z największych miast na pustkowiu. Nasza ludność wynosi 1 567 osób. Mutanty, ghule, ludzie... wszyscy, którzy przeżyli wybuch pierwszej bomby nuklearnej.....
Tak, to minęło już 60 lat odkąd wybuchła wojna - wojna, która na zawsze zmieniła historię świata...
Lecz mieszkańcy przyzwyczaili się już do nowej rzeczywistości i nie odmawiają sobie przyjemności z picia piwa, małej rozróby od czasu do czasu i tworzenia ogólnego zamieszania. W odbudowanym przez zmutowane pieski preriowe barze Cat's Paw, zostałem poinformowany że będę razem z Theyą pisać o tym co się na Shamo dzieje, zgodziłem się odrazu, od dawna chciałem spisać opowieść, którą usłyszałem od pewnego człowieka spotkanego podczas mojej wędrówki. Mówił że mieszka niedaleko, ale niedaleko na pustyni to pojęcie względne więc nie wiem ile w tym prawdy, w każdym bądź razie mężczyzna ten powiedział mi tak:
Pewnego pięknego dnia, w wiosce której mieszkam - New Royoville,jak zwykle wykonywaliśy nasze codzienne czynności, od kilku dni dało się wyczuwać jakieś napięcie, ktoś zaczynał podżegać do buntu, buntu przeciwko jarzmu które na nas narzucił starszy wioski, tak... było coś takiego, nie mogliśmy mówić w naszym ojczystym języku... Postanowiliśmy walczyć! Po długich dyskusjach Wioski zgromadziliśmy się pod namiotem starszego... Byliśmy słabo uzbrojeni. Ot, taka niewielka grupka desperatów: DJDJ (zwany tak, przez swoją muzykalność), Bojas oraz Marcus i nasz kapelan - Darkon no i ja.
Byliśmy gotowi na wszystko - nawet za cenę śmierci.
Daliśmy mu ultimatum - albo spełnisz nasze żądania, albo zginiesz. On niestety był na to przygotowany, jednym skinieniem wezwał swoją straż, która lepiej uzbrojona oraz wyszkolona szybko pokonała naszą małą grupkę powstańców....
Lecz nawet Starszy, nie był na tyle mściwy by nas wszystkich zabijać... Mnie, Djdj oraz Bojasa skazano na wieczną banicję, natomiast Marcusa na czasową banicję - by mógł sam wszystko przemyśleć i odpokutować. Najlepszą z najgorszych kar dostał Darkon, skazano go na więzienie na czas nieokreślony...
Teraz starszy miał już władzę całkowitą... i nic nie mogło go powstrzymać przed zniszczeniem, tak długo budowanej wioski pokoju... jednej z nielicznych wiosek pozostałych na tym bezlitosnym pustkowiu...
No i przyszła Theya i wyrywa mi komputer, fajna wspólpraca, nie ma co.
Theya:
Noż ale się rozpisał, dać Blade'owi komputer...
Własnie ktos wpadł do baru wrzeszcząc, że nas atakują, cała wataha sie zaraz tu zleci lepiej nie pokazywać im tego cudeńka. Jak już sobie pojdą to coś sie jeszcze napisze. Ale może w innym miejscu, bo strasznie śmierdzi z tej beczki... Wiele sie pozmieniało od ostatniego wpisu an_ge w naszej wiosce... ciekawie bedzie te wszytkie zmiany opisać... . Dobra, kończę...już tu biegną.
skomentuj (11)
an_com / shamo_con, czyli mniej więcej o tym co przegapiłeś.
by Kaczor
/komentarze by an_ge/
Dzień 1 | 19.09.2004 | Niedziela
Na an_con, czyli imprezę u an_ge wybrałem się razem z Gonzem. Jechaliśmy dość nietypowo, bo z Łodzi do Wrocławia przez Poznań /nie nietypowo, a raczej - choojowo :)/. To była na prawdę długa i nudna podróż. Za oknem pociągu srcollował się cały czas ten sam widok, czyli zielone pola i jakieś domki /proszące się aż o nuklearkę/. Oczywiście czasem byliśmy zaskakiwani przez zupełnie inny widok, jakim był… las /szkoda, że nie taki Tepes'owski/. Pośpieszny pociąg w jakieś cztery godziny dowiózł nas do Poznania. Przesiedliśmy się do osobowego wyglądającego jak pancernik /pancerna dżdżownica/. Zostały jeszcze trzy godziny podróży. Na początku było podobnie jak wcześniej, później jednak mało ciekawe widoki za oknem umilała ładna dziewczyna siedząca naprzeciwko. Szybko zasnęła, ale wyglądała słodko :-P. /pewnie miała głęboki dekold i dopracowaną tablicę rozdzielczą/
We Wrocku wpadliśmy na pomysł, że nie będziemy jechać tramwajem do an_ge /bo to skomplikowana procedura, i chłopcy tak jak ja, nie dowierzają szynowcom wyklepanym z puszek po imperialnej CocaColi/, bo to przyziemne i mało ciekawe /czyt.powyżej/. Troszkę żałowałem tej decyzji w czasie marszu przez miasto (mój skill orientacji wynosi -3 ), ale telefon do endżi wyjaśnił nasze położenie geograficzne (powiedzmy…) /no co no co/.
Trochę na około trafiliśmy na Plac Grunwaldzki. Czekali tam na nas Rhotax i an_ge. Poprowadzili do bazy. Oczywiście po drodze nie ominęliśmy sklepu z „prowiantem”. Sprzedawcy byli bardzo mili i w dość prymitywny sposób próbowali nam wcisnąć większą ilość towaru. Jednak jeszcze tym razem im się nie udało /tylko dlatego, że nie chciało się chłopcom targać i piwa i plecaków, a plecaków nie dało wymienić się na piwo/.
Mieszkanko /VAUUUULT!!!!/ an_ge znajdowało się na trzecim piętrze, co jak się okazało, było strasznym koszmarem dla Gonza. Chłopak wysiadał wchodząc na półpiętro, na pierwszym ledwie żył, przy drugim już się niemal czołgał /przez co miałam sadystyczne pomysły/. Kiedy wszyscy już zdejmowali buty w środku, Gonzo wchodził zdyszany. Cóż, wiedziałem, że palenie szkodzi zdrowiu, ale żeby tak bardzo?!
Po paru zamienionych słowach i ogólnym zapoznaniu się /ogólnym. macania nie było/ (w zasadzie wtedy poznałem jedynie an_ge, bo Gonza i Rhotaxa znałem już wcześniej /an_ge nie wie jaki dosłowny był to poziom znajomości. Rhotax odmawiał złożenia zeznań/) usiedliśmy do wspólnego oglądania filmu „Fahrenheit 9/11” Michael’a Moore’a. Niestety głośność w laptopie an_ge troszkę wariowała /mój laptop jest zajebisty, wy jesteście przygłuche łosie/, dlatego musieliśmy dodać napisy. Specjalnie dla Gonza dobraliśmy dużą czcionkę i zadaliśmy zasadnicze pytanie czy umie czytać. Nie odpowiedział, ale założyliśmy, że umie /nikomu lektorować się nie chciało. oddech zachowywaliśmy na picie/.
Gdzieś w jednej czwartej filmu dał znać o sobie Asiur (który poza towarzystwem zebranym na an_conie zwany jest Ausirem). Chłopak zagubił się w gąszczu wrocławskich ulic, więc ekipa w składzie Kaczor, Gonzo i Rhotax wyruszyła na ocalenie /an_ge leniwą bestią jest, hej/. W zasadzie Gonzo wyszedł w innym kierunku i nieco wcześniej niż ja z Rho. Miał do załatwienia jakieś ciemne interesy, o których nie chciał się wypowiadać /ode mnie chciał tylko karton po ryżu/. Spotkaliśmy go jednak po drodze do miejsca, gdzie podobno miał znajdować się Asiur. Trzeba przyznać Gonzowi, że ma ciekawe sposoby wyszukiwania osób – po prostu stanął na środku Placu Grunwaldzkiego i zaczął wołać Ausira jak najgłośniej potrafił. Ja i Rhotax profilaktycznie przeszliśmy na drugą stronę ulicy (żeby za bardzo nie kojarzono nas z tym świrem) /a wy się pytaliście, czemu idę 5 metrów za wami../. Niestety sposoby Gonza zawiodły. Do akcji ruszyły nasze komórki (nie mózgowe – po prostu telefony). Ausir się odnalazł i już mogliśmy spokojnie wracać do bazy (bez Gonza, który wyruszył na swoją „misję”). Oczywistą sprawą jest, że zahaczyliśmy po drodze do wspomnianego wcześniej sklepiku. Tym razem sprzedawcom udało się wcisnąć mi więcej niż początkowo chciałem. Zamiast czterech butelek prowiantu kupiłem sześć :-) /standardowa procedura, trzy na łapkę/. Nowo poznany kolega okazał się abstynentem /co to za trudne słowo? Kaczor znowu się popisuje/ i żywił się Coca Colą i chipsami.
Powróciliśmy do oglądania filmu, jednak już coraz mniej zwracaliśmy uwagę na to co się dzieje na nieco za ciemnym ekranie Bruce’a (czy jakoś tak – nie pamiętam jak an_ge mówiła na swój komp) /mój laptop jest zajebisty, wy jesteście przygłuche, ślepe łosie/. O wiele ciekawsza była dyskusja o terroryzmie i sytuacji na świecie /która sprowadzała się do zasadniczego - mogli by już zrobić tego Fallouta Unpluged../.
Żeby an_ge nie było smutno samej w kuchni (i żeby nie zjadła wszystkich zrobionych przez siebie tostów) przenieśliśmy się do niej. Wkrótce po tym zjawiło się dwóch reprezentantów Fallout Project – kds i Wiraqcza /rozmowa: an "Eeee.. a wy to kto?" odpowiedź "mumblemumblemuble" an "Eee.. a piwo macie?" odpowiedź "TAK!" an "To właźcie :)"/. Nie wszyscy zajarzyli co to za projekt, ale ja jako boss VDHP nie mogłem sobie pozwolić na taką ignorancję :-P.
Po otworzeniu kolejnych piwek rozpoczęliśmy ciekawą dyskusję (której tematu sobie nie przypominam :-) /i nie jesteś w tym osamotniony/).
Na pewno tyczyło się to Fallouta, różnych scenowych projektów oraz innych gier cRPG, tudzież trybów w tychże grach. Rozmowa toczyła się w najlepsze, gdy w drzwiach stanęła kolejna z przedstawicielek płci pięknej: OKey /przekłamanie. OKey rzeczywiście kobietą była i jest, ale przyszła przedostatnia. Oj, cienko Szefciu z pamięcią, cienko :]/. Niecodzienna sytuacja wynikła podczas przedstawiania się i wyglądało to mniej więcej tak:
- Cześć, Kaczor
- Okey
- kds
- Okey
- Gonzo
- OKey
Fascynujące, nieprawdaż?
Ponieważ OKey należała kiedyś do Brotherhood of Beer, jej oczy zwróciły się ku Rhotaxowi i zajęta była nim (z wzajemnością zresztą).
Kolejnym gościem był Abadon /forma powitania była ta sama co w przypadku kds'a i wiraqczy/, który wszedł niemal niezauważenie i niemal niezauważenie przypatrywał się naszym dyskusjom. W tym momencie dyskutowaliśmy już chyba o nierealistyczności walki w turach, kiedy wpadł jak burza /z rozwianym włosem i nagą klatą/ admin Shamo – Obsydian (zwany w pewnym blogu Mamą) /ciekawe kto by się przyznawał do takiej zmutowanej rodzicielki/. Już się baliśmy, że dostaniemy po banie, ale na szczęście tak się nie stało. Ba! Nawet impreza jeszcze bardziej się rozkręciła. Podajże kds upierał się, że walka z aktywną pauzą jest o wiele lepsza i bardziej realistyczna (dokładnie już nie pamiętam, gdyż krew z mojego organizmu powoli wypierana była już przez płyn zawierający procenty /nieprawda, wtedy to Kaczor ze wzrokiem jelonka Bambiego czatował na tosta/). Większość falloutomaniaków oczywiście zaciekle broniła wyższości tur. Swoje teorie staraliśmy się udowadniać przywołując przykłady różnych RPGów i z tego co pamiętam wspominaliśmy o ToEE, Neverwinter Nights. Jednak później było jeszcze ciekawiej…
Skończyło się nam bowiem piwko (a co to za impreza bez piwa), więc postanowiliśmy wypełnić pełen niebezpieczeństw quest /za który oczywiście dostawali chłopcy potrzebne exp'y. Gonzo zebrał najwięcej. Za masło./, którym było zlokalizowanie otwartego sklepu i uzupełnienie zapasów. Wszyscy imprezowicze podzielili się na dwie grupy – na tych, którzy zostają w domu (Rhotax and an_ge) oraz resztę. Jako, że w drużynie mieliśmy Obsydiana, kds’a i Wiraqcze oraz OKey (rodowitych Wrocławiaków) z lokalizacją czynnego sklepu nie było większych problemów. Przynajmniej część ekipy nie miała. Ja po prostu szedłem tam gdzie inni (wspominałem już, że mam ujemny współczynnik orientacji w terenie?).
Samego aktu zakupów nie pamiętam, ale z relacji Obsego wywnioskowałem, że na pewno kupiła coś OKey – marchewkowego Kubusia.
Wróciliśmy do bazy, ale cały czas rozważaliśmy dłuższą misję Wrocławo-znawczą. Nie wiem czemu nie wypaliła. Zdaje się, że po wejściu na trzecie piętro wszyscy o tym zapomnieli.
Po powrocie an_ge zaproponowała seans filmowy. Pozostało wybranie filmu. Ja upierałem się byśmy obejrzeli Mad Maxa, ale ktoś (an_ge? /czy tylko ja pasuję do wizerunku dyktatora narzucającego swoją wolę maluczkim?/) zadecydował, że jednak puścimy Six String Samurai’a /bo to film świetny i nieśmigany tyle co MM/. Podobno był to film w klimacie postnuklearnym. Ja osobiście widziałem i zapamiętałem z niego jakieś 5 sekund /za mało krwi w alkoholu/. Pamiętam też, że nie było chwili, by ktoś nie rzucił jakiegoś komentarza. Było tak od nich głośno, że tego co wydobywa się z głośników w ogóle nie słyszeliśmy… Ba! Nie bardzo słyszałem (może inni słyszeli) to, co mówili ludzie leżący po drugiej stronie dwumetrowego łóżka. Hmmm…. Może to dlatego, że już byłem pełen naszego prowiantu i dochodziłem w zasadzie do ekstremum możliwości mojego organizmu. Podobno po drugiej stronie łóżka było całkiem ciekawie /jakieś trupy się walały, nothin' special/. Gonzo wspominał coś o tym, że udało mu sie nawet usiąść pomiędzy nogami OKey - szczęściaż... /yep, a jak zacieszał. ledwo mu szczęka wytrzymała/ Cała ta zabawa skończyla się na przerwaniu seansu i rozpoczęciu przeszukiwania dysku twardego /zajebistego/ laptopa an_ge. Ciekawe tam były rzeczy, ale najciekawsze wydało nam się zdjęcie pewnego kwiatuszka na bardzo interesującym tle (chyba to był kwiatek… nie wiem - skupiałem się głównie na tle - an_ge powiedziała mi później, że to był motylek ) /gwoli wyjaśnienia - to był bób na wykałaczce. nie pytajcie. Kaczor ma wyobraźnie. Owe zdjęcie oczywiście wylądowało na tapecie (a później nawet na wygaszaczu ekranu) / -_- /.
Po tych zdarzeniach ludzie powoli zaczęli opuszczać bazę i udawali się w bliżej nieokreślonych kierunkach /czasami jednocześnie w różnych, tropem węża/. Jakoś w tym okresie wielką odwagą wykazał się Gonzo. Jako The Chosen One wyruszył na samotną misję – miał kupić coś taniego do smarowania, potocznie zwanego masłem /ekhem, nie powiem jak to z tą twoją pamięcią../.
Na polu bitwy, to jest w domu an_ge, zostaliśmy ja, Ausir, an_ge, Rhotax (który już chyba od dawna spał /tak, po tym jak go zakneblowaliśmy, ukradliśmy Specjale i zamknęliśmy w sypialni. Nic innego mu do roboty nie zostało/) oraz ludzie z Fallout Project – kds i Wiraqcza. Nie mam zielonego pojęcia o czym wtedy gadaliśmy, ale po pewnym czasie wrócił Gonzo z chyba najdroższym z możliwych, stu procentowym masłem. Chwalił się, że poznał większą część Wrocławia /łącznie ze szpitalem i remizą strażacką/. Po niedługim czasie odprowadziliśmy Wiraqcze na przystanek i wróciliśmy do HQ /a zimna to noc była i pełna niebezpieczeństw/. Później tłumaczyliśmy przez jakieś 2 godziny Gonzowi, że budowanie w czasie rzeczywistym domków w MMORPGach nie jest takie proste jak się wydaje. an_ge gdzieś w połowie tłumaczeń poszła się kąpać, ale byliśmy na tyle zajęci rozmową, że nie podglądaliśmy jej :-P /szkoda. pod drzwiami łazienki umieściłam dużo plastiku/. Gdy wróciła, Gonzo próbował w potajemny sposób /Gonzo tajnym agentem jej królewskiej mości nie będzie/ przekazać jej, by nakłoniła nas do pójścia lulu. Ona nawet nie próbowała /leniwa, bestia, hej/. Po prostu w pewnym momencie wyszła. Gonzo zdążył jeszcze popsuć kanapę, na której siedział i także nas opóścił.
Później tylko odprowadziliśmy kawałek kds’a i poszliśmy spać. Tak oto skończył się dzień pierwszy. Było około w pół do piątej.
Dzień 2 | 20.09.2004 | Poniedziałek
Następnego ranka (coś około 10) obudził mnie Ausir, który robił bardzo dużo hałasu jak na tak drobnego gościa /and I though that would be impossibile/. Udawałem, że śpię, bo myślałem, że długo nie będzie robił rumotu Bóg wie czym, ale jak Gonzo zaczął go opierdzielać, to zebrałem się w sobie i powolutku wstałem z łóżka. Nie miałem siły się ruszać (mylnie powiązałem to z wcześniejszą popijawą, a prawda była dużo bardziej przyziemna – po prostu byłem strasznie głodny). Ledwo doczłapałem się do kuchni. Niestety braki w chlebaku zmusiły mnie do wyjścia na zewnątrz. Po drobnych zakupach i przekąszeniu czegoś na świeżym powietrzu wstąpiły we mnie siły i już normalnie mogłem funkcjonować.
Odprowadziłem jeszcze Ausira na przystanek (właśnie wracał do domu) i wróciłem HQ. (Mała podpowiedź – nie mieszajcie pasztetu z Pepsi. Nie daje to najlepszych rezultatów. /hehe kurwa hehe/).
Wstał Rho i an_ge. Porozmawialiśmy sobie o poprzednium dniu /czyli - GONZO COŚ TY ZROBIŁ Z MOJĄ KANAPĄ?!!!/, zjedliśmy śniadanko, napstrykalismy kilka zdjęć. Humory nam dopisywały /Gonzo rozwalił jeszcze fotel/. Część z nas rozpoczęła dzień od piwka:

a część wolała wypić coś bez procentów (choć najwyraźniej nie chciała się do tego przyznawać:

/vafancullo, łosie/
Trzoszkę nam się nudziło, więc w ruch poszedł aparat:

/macie szczęście, że tylko tyle radosnej waszej twórczości trafiło na sieć/
Zachciało nam się robić także zdjęcia artystyczne. Oto nasze największe dzieło - martwa natura:

Zabawa aparatem okazała się dośc pechowa. Niestety wpadł on w ręce Gonza i od tego momentu zaczął szwankować :/
Tak czy inaczej, jeszcze tylko podsumowaliśmy poprzednią noc i padła propozycja wyruszenia na wycieczkę. Ciekawy wydał się nam zlokalizowany przez Rhotaxa kompleks (który teoretycznie powinien się znajdować w założonym przez nas miejscu – mieliśmy nieco nieaktualne mapy). Uzbrojeni w ogromną chęć eksploracji (co prawda nie wszyscy byli w tę chęć uzbrojeni – niektórzy woleliby usiąść w cieniu i wypić piwko /trzeba w końcu mieć jakiś system wartości/) i trochę kasy ruszyliśmy na podbój Wrocławia.
Po zauważeniu sklepu z prowiantem, Rho i Gonzo przedarli się przez rzekę samochodów /niestety bezkolizyjnie/ i kupili to co trzeba. Po krótkiej podróży /i trzech zabitych rowerzystach/ znaleźliśmy godne miejsce by odciążyć plecak Gonza. Usiedliśmy sobie na jakimś zrujnowanym budynku z transformatorami i przy browarach opowiadaliśmy sobie różne historie związane z przeczytanymi książkami i obejrzanymi filmami. Przyglądaliśmy się także temu, jak an_ge nabija na wykałaczki biedne, żelkowe misie marki Haribo. Nad jednym takim misiem znęcała się chyba z pół godziny… żelkożerca jeden /trzeba mieć.. jakieś hobby/.
Ruszyliśmy dalej… Poszukując baterii do aparatu /nikt nie zapytał, czy an_ge nie ma ich w Vault'cie/ natrafiliśmy na ciekawie wyglądający mur i dobrze się zapowiadający teren za nim. Rhotax i Gonzo postanowili nieco wybadać teren. Mieliśmy więc z an_ge troszkę czasu, by porozmawiać o Trinity, z czego oczywiście skorzystaliśmy. Mocno zajęci rozmową nie zauważyliśmy nadjeżdżającego tramwaju i mogło dojść do niespodziewanej tragedii (strata dla projektu byłaby ogromna jako, że w jednym miejscu znajdował się szef i scenarzystka), ale na szczęście w porę zeszliśmy z torów (tak, zapomniałem wspomnieć, że staliśmy na torach) /nie. zapomniałeś wspomnieć, że balansowaliśmy na szynach/…
Wrócili zwiadowcy /czyli te łosie co zostawiły nam plecak z piwem i poszły w pizdu/. Z ich relacji wynikało, ze teren za murem może być całkiem ciekawy, toteż niewiele myśląc /za to dużo protestując/ zaczęliśmy szukać miejsca, w którym nikt z ekipy nie będzie miał problemów /małe jest piękne/ z przedostaniem się na drugą stronę. Oczywiście priorytetem dla nas była ochrona cennego pakunku, który cały czas miał przy sobie Gonzo (co prawda nieco lżejszego niż na początku wymarszu).
Uwaga teraz zacznę pisać bez sensu, więc nie mówcie, że nie ostrzegałem:
Rozpoczęła się najciekawsza część naszej misji zwiadowczej. Musieliśmy przedostać się do tajnej fabryki wroga i dokonać infiltracji. Nie było to łatwe, gdyż teren ją okalający był wyjątkowo nieprzyjazny i trzeba było użyć specjalnych umiejętności, by przedrzeć się przez zastępy zwalonych drzew, krzaków, chwastów i śmieci każdego rodzaju. Wyglądało to niemal jak puszcza… puszcza z pułapkami zastawionymi na nieproszonych gości. Nie obyło się bez wypadków i nawet próby zabójstwa – an_ge ponoć przypadkowo /no, przypadkowo. bardzo przypadkowo wręcz./ zepchnęła Rhotaxa z przewróconego drzewa i chłopak musiał przetestować sprężystość swojego hmm… siedzenia /a także pleców i łba. przynajmniej jedno ma zakute, więc nic mu się nie stało :]/. W pewnym momencie poczuliśmy, że jest już po nas. Jednak cała grupa wykazała się wyjątkową męskością /ekhem/, szybkością reakcji oraz solidarnością /kto łapał ten łapał, a kto stał z piwem i się przyglądał ten łosiem nie jest :]/. Oczywiście prowodyrem całej sytuacji był Gonzo, który zaczął spadać z dość niebezpiecznie ułożonych (a w zasadzie rzuconych), betonowych płyt. Na szczęście w porę go złapaliśmy, lecz o mały włos nie polecieliśmy razem z nim. Jednak siła całej grupy była większa niż siła przyciągania ( :-P ) i udało nam się wyjść z tego cało. Gonzo zrobił wtedy tylko potężny szpagat (nie wiem czy przy tej akcji nie ucierpiała jedna z najcenniejszych części jego ciała – nie zagłębiałem się w to [komentarz. G0nz0: NIE UCIERPIAŁA!!!] ) i na tym skończył się strach. Wróciliśmy do szyku bojowego (znaczy się gęsiego /niezwykle trudny, przemyślany i złożony manewr taktyczny/) i ruszyliśmy dalej. Powoli wydostawaliśmy się z puszczy. Do naszych uszu dobiegały strasznie głośne serie dźwięków… wróg nie próżnował i prowadził zmasowany ostrzał pozycji aliantów. Tak nam się przynajmniej wtedy wydawało (tak wiem, teraz myślicie, że inteligencję też mam ujemną, a już na pewno nie równo pod sufitem /... :]/). Było to jednak mylne skojarzenie (jakieś zboczenie, czy co?) – po prostu – wróg wyburzał jakieś silosy. Nie wiadomo co w nich przechowywano, ale sądząc po późniejszej eksploracji fabryki, musiały to być jakieś chemikalia (ach ta wyobraźnia). Ponieważ buldożery znajdowały się blisko nas, musieliśmy kucając przedostać się na tereny fabryki. Nasza jednostka była szkolona do takich zadań, więc nie mieliśmy żadnych problemów z bezszelestnym dostaniem się pod fabryczne mury /szczególnie że łomot demontażu był potworny, chciałeć powiedzieć panie komandosie :)/. Wystarczyło jeszcze odszukać dogodne miejsce do wejścia na tereny zakładu. Komandor Rhotax odważnie wskoczył przez okno, ale nie był to najlepszy wybór, bo wpadł po kolana do jakiegoś pyłu /hehehe, that was funny/. Bardzo ciężko się z niego wychodziło /wyczołgiwało, wyczołgiwało :]/, nie wspominając już o tym jak się po tym wyjściu wyglądało. Nauczona doświadczeniem dowódcy, reszta ekipy weszła (w połowie zamurowanym) wejściem głównym.
Najgorsza część misji była już za nami. Teraz wystarczyło wykombinować co w tej fabryce wytwarzano lub przetwarzano. Nieodzownym elementem takiego kombinowania było przeszukanie całego wnętrza budynku. Nadal trzeba było na siebie uważać, gdyż podłoga była częściowo zawalona, a w wielu miejscach można było natknąć się na dość duże dziury. Nieuważny krok mógł skończyć się śmiercią lub w najlepszym przypadku poważnym kalectwem, gdyż jedno piętro miało kilka do kilkunastu metrów wysokości.
Po konstrukcji i rozkładzie pomieszczeń na poszczególnych piętrach wywnioskowaliśmy, że na pewno coś tam przetapiano, bo na najniżej znajdowały się ogromne piece, a z ich głębi strzelały w górę potężne kominy (obecnie w większości zawalone). Eksploracja kolejnych poziomów utwierdziła nas w tym przekonaniu. Weszliśmy na dach i ukrywając się przed wzrokiem strażników, urządziliśmy sobie mały piknik. Trzeba przyznać, że okolica była bardzo klimatyczna /yep/. Znajdowaliśmy się na terenie jakiegoś większego kompleksu przemysłowego. Obok fabryki/huty, w której akurat się znajdowaliśmy stały jeszcze przynajmniej trzy częściowo zawalone zakłady, a całość obrazu dopełniała płynąca nieopodal Odra. Postanowiliśmy przedostać się także do widzianych z góry fabryk. Po drodze zostawiliśmy po sobie nalepki reklamujące B.O.B. z naszymi podpisami.
Ponieważ owe fabryki znajdowały się w bliskiej odległości od budynku, w którym jeszcze przed chwilą się znajdowaliśmy i do tego nie były obserwowane przez przeciwnika, pozwoliliśmy sobie na przemarsz drogą. Szybko dostaliśmy się do wnętrza kolejnego zakładu (tym razem wybraliśmy drzwi /praktyka uczy/). Nie było tu już tak klimatycznie jak w poprzedniej fabryce, ale za to czekała na nas masa przeróżnych zeszytów, książek, sprzętu i tabliczek do przejrzenia i ewentualnego skonfiskowania. Wybór był naprawdę ogromny i można było spotkać publikacje pamiętające lata sześćdziesiąte (poprzedniego wieku oczywiście), jak i gazety sprzed kilku lat (widać nie byliśmy tu pierwsi). /wołałam moje miecze świetlne firmy OSRAM/ Trudno było się zdecydować, ale mając na uwadze szybko kończące się miejsce w plecaku zabraliśmy szczegółowe plany kompleksu, kilka książek i tabliczki. W ogromnej sali, w której znaleźliśmy przedpotopową słuchawkę do telefonu, zaskoczył nas szarżujący lis /to było FireGecko a nie./. Co ciekawe wszedł przez okno (a byliśmy chyba na wysokim, pierwszym piętrze). Najwyraźniej przestraszył się Rhotaxa /to nie hipoteza/, bo zaczął uciekać, a gdy na swej drodze ujrzał jeszcze Gonza /ciekawe, że od razu nie padł trupem. Musiał być chyba bardzo doświadczoną ognistą jaszczurą/, to zupełnie spanikował i po krótkiej chwili zniknął w tym samym oknie, przez które dostał się do sali. Ciekawy Special Encounter, nieprawdaż?
Po wyjściu z fabryki udaliśmy się na zasłużony odpoczynek połączony z konsumpcją ostatnich zapasów. Najlepszym miejscem nadającym się do tego celu był brzeg rzeki, tuż za ogrodzeniem kompleksu. Popijając piwko przerabialiśmy an_ge na Pocahontas wplatając jej we włosy trzcinę i inne znalezione roślinki /please, don't ask../. Wyglądała bardzo ciekawie /a doświadczeniem było zaiste traumatycznym/. Szkoda, że nie widzieliście miny strażnika, który od jakiegoś czasu się na nas patrzył. Chyba był bardzo zaskoczony, bo zadawał głupie pytania typu: „Skąd się tutaj wzięliście?”. Hmm, jest takie przysłowie: „Głupie pytanie, to głupia odpowiedź”, toteż w jego myśl Rhotax odpowiedział: „Spadliśmy z nieba.” /Kosmitów udawać nie musimy/. Strażnik zaczął straszyć nas policją, ale my za bardzo się tego nie obawialiśmy (jako, że byliśmy poza terenem fabryki) /chłopcy uwadali macho, bo strażnik na Diesel'a nie wyglądał/. Wszelkie jego rozkazy opuszczenia terenu raczej nie skutkowały, ale w końcu daliśmy sobie spokój, bo ileż można się kłócić z grubym strażnikiem zadającym głupkowate pytania (zresztą wciąż te same) /elokwencja nie jest mocną stroną większości Polaków/. Ponieważ nie chcieliśmy złamać prawa przechodząc przez teren kompleksu /yep, fortel strażnika się nie powiódł. Nie ze mną te numery Czaruś. Paski pogrubiają./, postanowiliśmy przejść wzdłuż muru, tuż przy rzece. Teren był dużo bardziej przyjazny niż „puszcza”, przez którą na początku się przebijaliśmy, ale zaskoczyła nas nieco siatka wchodząca z brzegu wprost do wody. Jednak i z tym problemem łatwo sobie poradziliśmy /dialog z kolejnym strażnikiem można juz było uznać za cywilizowany/. Po krótkim przemarszu doszliśmy wreszcie do normalnej, asfaltowej drogi i mijając jakieś browary zmierzaliśmy do bazy.
Maszerując spotkaliśmy jeszcze kumpla Rhotaxa i razem udaliśmy się do sklepu, by kupić składniki na ustaloną w czasie drogi kolację. Potrzebowaliśmy dużej ilości ziemniaków, ketchup’u oraz oleju. Pewnie już się domyślacie co chcieliśmy zrobić… - dużo frytek /pożywienie zalecane przez Ministerstwo Zdrowia i Dobrego Samopoczucia/.
Po drodze zdrowo się uśmialiśmy. Jak zwykle dostawcą wrażeń był Gonzo, który tym razem nie zauważył OGROMNIASTEGO słupa i po prostu walnął w niego :) /i jeszcze się odbił../.
Zaraz po wejściu do domu an_ge zagoniła nas do obierania ziemniaków. Sama zaś zajęła się ich krojeniem. A było co kroić:



Rho szukał w tym czasie czegoś, czym moglibyśmy wyławiać frytki z oleju. Tarka wydała się najbardziej odpowiednia. /głosowałam by wyciągał po męsku frytki gołymi rękami.. ale posłuchał tylko raz./
W zasadzie ogromna ilość ziemniaków przekonała nas (mnie i Gonza), że nie warto wyjeżdżać tego dnia. Poprosiliśmy an_ge o nocleg na jeszcze jedną noc. Chyba tylko z uprzejmości, nie odmówiła. /wyjaśnijmy sobie od razu, ta sztuczka z grzecznym zapytaniem więcej się wam nie uda!/ /mój wizerunej zimnej suki na tym ucierpiał -_-/
Obierając, wybierając i konsumując frytki rozmawialiśmy o różnych pierdołach, w międzyczasie słuchając jeszcze zespołu Everlast (niektóre utwory są całkiem niezłe, trzeba to przyznać) /nie to co wasze głupie disco polo, techno i polski hiphop..:]/. Kiedy słońce zachodziło już za horyzont postanowiliśmy obejrzeć film. Nasz wybór padł na „Resident Evil 2”. Gdzieś w jednej trzeciej filmu odwiedził nas jeszcze Radriel – kolejny z członków BoBa. Oczywiście poszliśmy z nim do sklepu, by uzupełnić zapasy browarów i powróciliśmy do oglądania filmu. To co działo się na ekranie na pewno było bardzo ciekawe. Jednak nie było nam dane tego oglądać, gdyż wyświetlacz laptopa an_ge był nieco za bardzo przyciemniony /mój laptop jest zajebisty, wy jesteście.. hm. to było zdaje się juz w poprzednim odcinku/, a że akcja Residenta działa się głównie w nocy, toteż musieliśmy skupić się na doznaniach słuchowych. I tak było fajnie (nie obyło się bez stosownych komentarzy). Jeśli chodzi o sam film, to zwykła siekanka – taki kolejny Matrix – dalekie skoki, nadprzyrodzone moce, dużo kopaniny, wymijania pocisków i takich tam bajerów /zapomniałeś o fajnych babeczkach/. Podsumowując: film przedstawiający zdolności ludzi od efektów specjalnych (praktycznie zero fabuły).
Na kolejnym seansie mieliśmy obejrzeć „Zakładnika” (jeszcze wtedy nie wiedziałem, że dopiero zamierzają go grać w kinach). Niestety nie wytrwaliśmy do końca. Nie mówię, że film był nudny, ale po prostu byliśmy za bardzo zmęczeni, by siedzieć do późnych godzin. No może przynajmniej większość z nas. Ja tam sobie oglądałem dalej (wszyscy inni poszli spać), ale także nie dotarłem do końca. Gdzieś pod koniec filmu zacząłem śnić finałowe sceny :P
Dzień 3 | 21.09.2004 | Wtorek
Obudziłem się jako pierwszy. Ponieważ nie miałem co robić, a do sklepu nie chciało mi się iść, więc postanowiłem obejrzeć do końca „Zakładnika”. Szybko ustaliłem, który moment filmu jeszcze oglądałem i kontynuowałem śledzenie akcji… Trzeba przyznać, że było dość ciekawie, chociaż bez problemów można przewidzieć rozwój wydarzeń. Jak na dłoni widać, że ten obraz powstał w Hollywood. Jedni będą uznawać ten fakt za plus, inni wręcz przeciwnie. Ja osobiście wolę filmy noszące znamiona kina europejskiego.
Ponieważ an_ge jest scenarzystką w Trinity, więc postanowiłem przejrzeć co ona trzyma na komputerze odnośnie tegoż projektu /ta. a przy okazji wszystko inne ;P/. Jakoś w tym czasie obudził się Gonzo, który po krótkim czasie zaczął zerkać mi przez ramię i czytać to, co pisałem odnośnie jednej z lokacji (akurat notowałem uwagi odnośnie tekstu, którego nie zdążyłem przeczytać w domu). Ciężko mi było przyzwyczaić się do klawiatury laptopa an_ge (jakiś dziwny rozkład klawiszy), /mój laptop jest zajebisty. nie ma tylko znaku równości../ ale jakoś dałem radę. Po skończeniu komentowania do kompa dosiadł się Gonzo i rozpoczął przeszukiwanie zasobów twardziela /wciąż chłopcy nie mogli uwierzyć, że nie trzymam rzeczy kompromitujących mnie na kompie/. Okazało się, że an_ge ma sporo danych na temat różnych projektów /.../. Posiada chyba dobre znajomości, bo na jej komputerze można znaleźć nigdzie nie publikowane zasoby (oczywiście nie mówię, że wcześniej ich nie widziałem, ale jest to ciekawe, że ona też ma do nich dostęp) /.../. Niestety nie chciała mi wyznać jakim sposobem zdobyła te dane (i tak się jakoś dowiem). /nic nie powiem bez mojego adwokata/
Kiedy Rho i andzia (jak nazywał ją Gonzo /jeśli spróbuje tego ktoś inny, to poczuje Gniew Boży/) wreszcie wstali, zaczeliśmy dokańczać oglądanie „Zakładnika”. Ponieważ ja przed chwilą skończyłem, więc niestety nie miałem co robić. Zmuszony byłem powtórzyć seans /lepiej powiedz prawdę, że wpadłeś w pętlę czasową, a nie będziesz wymyślał/. an_ge w tym czasie skupiła się na zszywaniu swoich spodni (Miała fajną dziurę na pupie. /DEATHCLAW MNIE UŻARŁ!/ Pierwszy zauważył ją Gonzo – na ciekawe miejsca chłopak się patrzy :) /na pagórkowaty krajobraz?/ ). Później znów odwiedził nas Radriel i wyruszyliśmy w drogę. Według jego doniesień, gdzieś w lesie, nieopodal rzeki miał znajdować się bunkier. Rhotax oczywiście nie mógł przepuścić takiej okazji /to syndrom psa goniącego każdy samochód/, więc postanowiliśmy się tam udać. Niestety, na miejscu okazało się, że nie jest to żaden budynek ochronny, a jedynie jakiś stary, zapomniany przez świat amfiteatr. Nie przeszkadzało to nam jednak w zrobieniu fajnych zdjęć (niestety aparat po spotkaniu z Gonzem nie nadawał się już do skutecznego użytku, więc fotki zmuszeni byliśmy robić aparatem w telefonie komórkowym – nie są najlepszej jakości).

Nieopodal odkryliśmy jeszcze małe ruiny, więc i tam trochę popstrykaliśmy.

Wracając jeszcze do amfiteatru, w środku znajdowało się nie do końca wygasłe ognisko. Ten fakt skrzętnie wykorzystał Gonzo (który nie bez przyczyny, na FlachKonie u Kazula kilka lat wcześniej zyskał przydomek FlameMaster) – jego celem stało się przywrócenie płomieni. Radriel szybko poszedł jego krokiem i współpracując, bez problemu dopięli swego. Mogliśmy się troszkę ogrzać… Na koniec uwieczniliśmy w pamięci telefonu wyratowanego z dna butelki po piwie szerszenia, ugasiliśmy ognisko i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu an_ge.


Znów mieliśmy ochotę na frytki… /no ba/
Ponieważ pociąg mój i Gonza odjeżdżał jakieś półtorej godziny po powrocie do bazy, więc szybko zaczęliśmy obierać ziemniaki i przygotowywać wyżerkę. Niestety tak się tym zajęliśmy, że przegapiliśmy właściwą godzinę. /już ja wiem jakie to "niechcący" było ;)/
Następny pociąg za 2 godziny. Rozmowy, rozmowy, rozmowy… i znów przegapiliśmy pociąg /wypchnąć za drzwi się nie dali, ot co/. Kolejny – późno w nocy. No to co robimy – idziemy do fabryki napstrykać zdjęć. Właśnie zaczęło robić się ciemno, więc wycieczka zapowiadała się ciekawie. Po dotarciu na miejsce ustaliliśmy, że musimy zachowywać się naprawdę cicho, bo tym razem strażnik na pewno bardziej przykłada się do pilnowania terenu. Istniało także prawdopodobieństwo (ale głupie, polskie stwierdzenie – przecież prawdopodobieństwo zawsze istnieje… czasem jest tylko zerowe :-P ), że mogą się niespodziewanie pojawić jeszcze jakieś psy (czego za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć – uciekać przed grubym, nieporadnym strażnikiem to jedno, a przed psem… hmm, sami wiecie o co mi chodzi). Jak wspomniałem było już dość ciemno, ale nadal można było dostrzec gdzie się idzie. Tym razem wyczuliliśmy nasze zmysły dużo bardziej niż poprzednio /dlatego wypierdalaliśmy się na każdym korzeniu ;]/. O wypadek naprawdę było łatwo. Na szczęście skradając się (i idąc zupełnie inną droga niż wcześniej) dotarliśmy do celu /we krwi i w rzepach, no ale/. Niestety zdjęcia nie wyszły tak jak chcieliśmy, a chcieliśmy, żeby wyszły jakkolwiek (ale coś było na nich widać).
Zostało nam jedynie zorganizowanie niezapomnianego pikniku na szczycie fabryki (głównym daniem było piwo, of course). Radriel, Rho and an_ge wspominali sobie imprezy BoBowe, a my z Gonzem uważnie słuchaliśmy. Coraz bardziej rosła nam ochota na przyłączenie się do bractwa.
W międzyczasie zrobiło się zupełnie ciemno, więc postanowiliśmy, że już chyba najwyższa pora by wracać do domu. Powrót okazał się dużo trudniejszy niż dojście do fabryki. Oczywiście zapomnieliśmy zabrać latarkę (wcześniej zawsze ją mieliśmy) – drogę rozświetlały nam wyświetlacze telefonów komórkowych (moja komórka jak na złość, zaraz na starcie zużyła resztki zapasów energetycznych na Li-Ionowej baterii). Cóż, musiałem iść blisko grupy, by się nie zgubić (po raz kolejny przypominam – moja orientacja w terenie = -3 /co nie usprawiedliwia twojego łapania za moje.. no.). Przedzieranie się przez knieje jeszcze nigdy nie było tak trudne. Gonzo doznał uszczerbku na zdrowiu (chociaż dużo bardziej ucierpiały jego spodnie), ale jakoś dotarliśmy w bezpieczne miejsce. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o jednostkę wojskową, a przynajmniej bramę do tejże jednostki i zrobiliśmy sobie kolejne zdjęcie, które niestety nie wyszło. Tym razem wybraliśmy tramwaj jako nasz środek lokomocji do HQ. W czasie podróży zostaliśmy zaskoczeni przez jakiegoś „przemiłego” żula. Rhotax musiał wyjąć nóż… bo koleś prosił nas o otworzenie piwa /pewnie ciesząc się w duchu, że nie jest kanarem/.
Po dotarciu na miejsce (Gonzo oczywiście doczłapał się ostatni) rozpoczęliśmy przygotowania do powrotu pociągiem do domu. Co prawda do naszej podróży zostało jeszcze kilka godzin, ale Rhotax nie miał tak dużo czasu, więc dało się odczuć małą krzątaninę przy plecakach.
Poniważ były to nasze ostatnie chwile spędzone w takim składzie, więc nadeszła najlepsza pora na rozdzielenie i sfotografowanie naszych łupów, które zdobyliśmy poprzedniego dnia:



/hehe, jeśli myślicie że Rhotax śmiesznie w tym wyglądał, to nie widzieliście jak śmiesznie wyglądał próbując to potem zdjąć :]/
Około godziny 23 odprowadziliśmy Rho na przystanek i wróciliśmy, by obejrzeć kolejny film. Nie mam pojęcia jak się nazywa /"Mindhunters"/, ale trzeba przyznać, że był całkiem ciekawy /efektowne zażynanie ludzi jest zawsze ciekawe/ (może nie dla an_ge, która oglądała go nie po raz pierwszy i po prostu przysypiała /seen that, done that/). Potem krótkie pożegnanie /an "WYPIERDAAALAAAĆ!" Kacz&Gon "And good night to you too"/ i drałowanie przez miasto na dworzec. Zdałem się na zmysł orientacji Gonza i tym razem okazało się, że był to trafny wybór (zresztą innego nie miałem, bo nie kursowały już żadne tramwaje).
Na szczęście nie było zbyt wielu podróżnych, więc bez problemu znaleźliśmy pusty przedział. Gonzo niemal natychmiast poszedł spać. Ja prawie przez całą drogę nie zmrużyłem oka. Wspominałem to, co zdarzyło się przez ostatnie dni i już w myślach układałem zdania do tego sprawozdania. Kiedy już dotarłem do domu i zabrałem się za jego pisanie, niczego nie pamiętałem, ale przynajmniej tak bardzo się nie nudziłem w czasie podróży (w końcu jechaliśmy jakieś 5 godzin).
W podsumowaniu napiszę to co pisze każdy, kto był na imprezie. Było zajebiście i liczę na jak najszybsza powtórkę. Poznałem kilku ciekawych ludzi. Wśród nich znajduje się oczywiście an_ge, o której do tej pory bardzo dużo słyszałem /małe, ale głośne/, ale nie miałem jakoś okazji widzieć jej na żywo.
an_ge – wielkie dzięki za imprezę!!!
/jaką imprezę? ja tam nic nie wiem. mnie tam nie było/
an_ge po przeczytaniu powyższego tekstu doszła do wniosku, że w rzeczywistości było o wiele śmieszniej niż to wynika z tego co napisałem /jedni umieją pisać, inni nie.. no cóż, całe szczęście że an_ge jest tak blisko ;]/. Potwierdzam jej zdanie. Było naprawdę fantastycznie i cieszę się bardzo, że podjąłem tę trudną decyzję i pojechałem na an_con 2004. Zreszta wystarczy spojrzeć na to zdjecie:

- czy nadal uważacie, że nie było ciekawie? ;-)
/no comment/
PS: Kilka zdarzeń mogłem nieco źle umiejscowić w czasie, ale dla ludzi, którzy nie byli na an_conie nie ma to najmniejszego znaczenia. Cóż, pamięć ludzka nie jest doskonała (a już na pewno taka nie jest moja pamięć).
Pozdrawiaja was: Gonzo (Weapon of Mass Destruction), Kaczor (Szefciu :P ), Radriel, an_ge (Andzia) oraz Rhotax:

skomentuj (4)
Z przyczyn technicznych koniec świata tymczasowo odwołany.
Wkraczasz w nową rzeczywistość starego świata...
Twoją misją jest przeżycie...
/to było najkrótsze info w dziejach.. czegośtam/
Oddział BoB'a, jak zwykle pijany, wyruszył na poszukiwanie pożywienia.
Wędrówka śmiałków była długa i owocna. Wiele punktów experienc'a zostało zdobytych, wiele ciał nie-całkiem-martwych zakopanych, i tylko kilka budynków - złupionych, zgwałconych i podpalonych.
Na podstawie "faktów autentycznych" (jak to wciąż Polacy lubią zauważać) grupa studentów (których zwłok wciąż szuka policja i dwóch jasnowidzów) stworzyła grę komputerową.
Jako iż sama gra jest równie niebiezpieczna co kaseta-która-zabija-jeśli-nie-zrobić-jej-kopii, postanowiliśmy umieścić tylko pojedyńcze screenshoty.
(nie żeby obchodził nas los innych, po prostu za mało mamy miejsca na serwerze)
(screnshooty są random'owe i nie mają większego sensu)
/sceny drastyczne zostały wycięte z uwagi na zróżnicowany wiek odbiorców i odmienne gusta kulinarne/
ask for more ->
podążaj za sznurkiem.
da ist da history.
skomentuj (1)
strefa 51. - znaczy GP2k4
Dzielna an_ge wraz z dzielną Katiuszą i prawie równie dzielnym brytolem... brytalem... a, Britishem, dotarli wczesnym świtem na pola ziemi obiecanej wcale się przy tym nie zgubiwszy dwa razy; przedarli się przez morze ostów, omijając zdradzieckie doły i niewidzialne miny, po czym zasiedli w cieniu drzew wysokich w celu otworzenia puszek i uraczeniu podniebień boskim płynem.
I tak to się, mniej więcej, zaczęło.
Reszta, już nie tak dzielnych, wojów pustkowi pojawiła się niedługo po pierwszych oznakach zniecierpliwienia spowodowanych brakiem piwa. Zaowocowało to skapitulowaniem kilku porządnych mrowisk w walce z zaimprowizowanym flamethrower’em i wyturlaniem małego placyku w wysokiej trawie. Następnie zaczęto sprowadzać siłą umysłu pozostałych imprezowiczów oraz skrzynki. Skrzynki skrzynki. Nie wiadomo kiedy pierwsze namioty stanęły dając początek małej osadzie, która z każdym dniem nabierała cech zdziczenia i zwyrodnienia jej mieszkańców. Kawałek pobliskiego lasu został wykarczowany za pomocą zębów Nurka i siekierki Rhotaxa, a także duchowym wsparciu wszystkich tych ludzi, którym ruszyć z gleby się nie chciało, tak więc wesołe ognisko wesoło zapłonęło, unicestwiając dobrych kilkadziesiąt bogu ducha winnych ślimaczków.
I gdy już ciemna noc zapadła przyszedł czas na powtarzanie w pamięci ksywek ludzi stojących/leżących/biegających dookoła. Zaskoczenie było miłe. Odsetek kobiet okazał się zaprawdę wysoki. Oprócz wspomnianych już wyżej dwóch oszałamiająco pięknych dziewoj, znalazły się również inne okazy płci szlachetniejszej; była Agnieszka, była Ważka panna, była Laurana wraz z dwoma towarzyszkami ciemnowłosymi, była Gecko chwil kilka, była Kacza zdecydowanie dłużej, ruda Monicure, Ewka, Mysza, kobieta Lisska i... kilka tych młodych okazów zdrowia co przybłąkało się na noc jedną, a których poznać osobiście dane mi nie było. Chwali się, chwali. Popatrzeć na co było i oko zmęczone na czym zawiesić. Co prawda Trefl, Saluś, Nesfor, Zły, Kapral i Karton...Kafel...Kamizelka...a ta, Kaftan, dużo szumu robili, no ale... Można dać się postrzelić.. w Wietnamie..., można dać się zgwałcić – ale jeśli nie jest się „dziwką bez szkoły” to „ni chuja”. No, zawsze jeszcze można być białym psem z irokezem którego dotknęła plaga głodu i szerszeni, wtedy również stanowi się ciekawy widok. Ale to już inna historia.
Po długim i wciąż na nowo podejmowanym tematem chwalenia się własną bronią, głośnym bekaniu i wykonywaniu innych równie okropnych czynności nie przystających eleganckiemu towarzystwu, paleniu mięsa nad ogniem, łamaniem kijów metodami znanymi jedynie himalajskim mnichom* (*„jajami” i „o dupę” – przyp. autor), tworzeniu nastroju w postaci opadów radioaktywnych, osuszaniu Arizony oraz obfotografowaniu wszystkich i wszystkiego co ma głupią minę, kompania grillowa poległa na czas nieokreślony.
Poranek okazał się dwojaki. Znaczy, zimny i odwodniony. Szybko jednak niemiły ten stan uległ zmianie.. przechodząc w... no cóż, moje odczucia zdecydowanie są ambiwalentne. Pomijając bezczelne znęcanie się nad młodymi fokami polegające na polewaniu ich wodą (brrr), piwem (kewl kewl), mordowaniu glanów i nowo upieczonych kiełbasek, robieniu zdjęć i filmów porn... rozwodowych oraz ..różnych dziwnych akcji nadających się jedynie do ocenzurowania, było wesoło. Weselej zdecydowanie, gdy młode foki przygarnął jeden z namiotów i sadystyczna uciecha przeniosła się na przedstawiciela płci brzydkiej. Ale o tym ze względu na potencjalnie młody wiek odbiorców należy nie rozpisywać się również. Były wypady nad jezioro i do sklepu – z rzeczy grzeczniejszych. Więcej grzechów nie pamiętam.
Pod wieczór sobotni GrillParty nabrało rozmachu właściwego GrillParty. Znalazły się jakieś tłumy obcych ludzi które przyniosły sobie drzwi drewniane i styropiany (z pomocą weterana Gabera), nastąpiło wspólne odśpiewywanie wielkich hitów stulecia (w których genialnym refrenem było „sialalala-la”), strzelanie do puszek i zabłąkanych owieczek szukających WC, wcinanie chrupek, duszenie wiankami z chabrów (nowej broni specnazu), cykaniu kolejnych fotek przez zapalone Mangusty i inne takie, rytualnym wypieprzaniu w kosmos wielu pojemników pod ciśnieniem ku uciesze zgromadzonych, piromańskich testach wytrzymałościowych grilla, i tak dalej, i tak dalej.
Kryzys nastąpił gdzieś tak około drugiej w nocy, gdy browca zabrakło, ale dzielni towarzysze pokonać się nie dali i imprezowali jeszcze krztynę. Rankiem... ah, te ranki. Rankiem okazało się, że dwa piwa zostały przemycone i jednak wbijania zębów w choinki nie będzie.
Południe zmiotło większość luda i tylko najtwardsi doczekali zbawczego deszczu. Po czym.. rozjechali się na cztery strony świata, by głosić jak to na GP2004 było zajebiście :P
Szkoda tylko, że Raidersi trzymali się z dala... ale wszystkiego mieć nie można. Chyba. Dowiemy się za rok?
dowody
prawie
rzeczowe
skomentuj (10)
50.
Wojna. Wojna wydaje się być kobietą, choć podobno się nie zmienia. Kosztowna, kapryśna, działa niczym magnes na chłopców. I właśnie owi chłopcy sobie jedną wywołali, z radosnym ściskoszczękiem.
Mówie wam, aaaleeee byłoooo. I tuuuu i taaaam! I jeszcze po tyyyym! Ciach! Buuum! Iiiiiii! Jaaaaałłłł! Ziuuuum!
Krucjata. No dobra, krucjatka. Ale była. I sądząc po minach niektórych, jeszcze być może. W końcu nikt nie poległ i krew nie ostygła. Dzielny opór i upór. I tyle radości. Tyle tajnych planów i spotkań. I smak zdrady!
No ale. Przybrana mama kazała mi siedzieć w domu i się uczyć. Wiecie. Matura. Taki żart sytuacyjny.
Miałam wreszcie czas by przeglądnąc swoje kolorowe obrazki które zakupiłam za ciężko ukradzione kapsle. Okazało się, że nie ja jedna fascynuję się przedprzedprzedwojennymi mutantami. Te dzisiejsze już nie są takie fajne, choć Fafcio twierdzi, że smakują tak samo.
Wiadomości lokalne: Burżujom wydzielono dzielnicę w Shamo, ale wpływ, niczym radiacja, mają na całą społeczność. Czego pierwsze efekty już widać. W Cats Paw zaczęto już serwować dania mięsne. Pewnie dlatego tylu nowych przyjezdnych wybiera pustkowia.
Tajny rządowy projekt Skryby Przemo_lub_nie'a stał się tym tajniejszy, że Skryba owy wyjechał zwiedzać okolice. Skryba Kaczor zajął pokornie jego miejsce, więc nikt nie jest na tyle głupi by szukać ciała. I zima, zima znów nastała.
skomentuj (1)
49.
Nic nie jest takim, jakim być powinno.
Defetyzm.
Część Shamowiczów wylazła na pustynie z leżaczkami i grzeje swoje przeszczepy w przebłyskach słonecznych, dając kolejną szansę rakowi skóry.
Pozostali siedzą w czterech ścianach, nerwowo obgryzając resztki paznokci, i męczą wzrok małymi literkami wypalając ostatnie szlugi.
I tak naprawdę, to jeszcze nikt nie wytłumaczył mi, po co komu ta MATURA.
...
Nie. To wszystko należy spalić.
Nuda nuda nuda nuda.
Nawet nie sezon ogórkowy.
skomentuj (6)
opowiadanie.2.
3.
Patrzyła na krztuszącego się mężczyznę. Plam na ciele nie dało się już ukryć pod garniturem. Jeśli nie dzisiaj, to najdalej jutro w południe, miała wybić jego ostatnia godzina.
Tak sobie myślała, nie czując nic.
Krztusił się jeszcze trochę, nim w końcu znieruchomiał. Z jakąś dziwną fascynacją obserwowała kropelki krwi drżące przed chwilą na jego ustach.
Wstała ze swojego legowiska jakie dla niej dawno temu urządził i wsunęła mały pazur w otwór zamka. Podniosła zapadkę i pchnęła metalowe pręty.
Nigdy się z tym przed nim nie zdradziła. Pozwalała mu wierzyć, że poprzez tą symboliczną obrożę i klatkę w jakiej kazał jej sypiać, ma nad nią władzę.
A może...? Czy przywiązanie nie jest formą miło...?
Nie, nie chciała się nad tym zastanawiać. Pan S., największe zło tej przesiąkniętej krwią i potem ziemi, umarł właśnie w swoim łóżku. Nie od rany postrzałowej, nie przez zdradzieckie pchnięcie nożem, nie przez zatrute jedzenie czy wino. Nawet nie z powodu wyrzutów sumienia. Starość go zabiła. Prawie pięćdziesiąt lat przyjmowania małych dawek promieniowania pod każdą postacią. To właśnie była starość.
Miała teraz dylemat.
Mogła uciec i zostawić cały ten bajzel do posprzątania innym. Oczyścić siebie. Zapomnieć o tym wszystkim. Odszukać miłość swojego życia. Tak, tego nie mogła wybaczyć Panu S. Że nie pozwolił jej szukać.
To jednak, mimo iż ogromnie kuszące, było na dłuższą metę nierentowne.
Mogła też zostać i przejąć niewolnicze imperium. Nie było by to trudne na początku, mało osób nie czuło respektu przed jej naturalnymi zdolnościami do robienia krzywdy wszelkiemu stworzeniu. Z czasem jednak, znalazłby się ktoś na tyle charyzmatyczny, by pociągnąć za sobą większą grupę Handlarzy i „urządzić odpowiednio ten wybryk natury” jakim była. Albo jakiś „bohater” próbujący uczynić ten kawałek świata lepszym i bezpieczniejszym miejscem.
Mogła zaryzykować. Znała się na tym. Miała dobrego (bezwzględnego, sadystycznego, bezlitosnego, zimnego, bestialskiego, ...) nauczyciela. Pierwsze co musiała by zrobić, to zabezpieczyć swoją pozycję pod każdym możliwym względem. A to kłóciło się trochę z pierwszym „mogę”... Dochodziło więc, „czy potrafię”.
Czy potrafiła..?
5.
- Wiesz, znałam kiedyś mężczyznę... Był inteligentny... Umiał szybko dodawać nawet trzycyfrowe liczby... I rzadko się mylił... – Kotka z namysłem sięgnęła po koszulkę i powoli zaczęła ją z siebie ściągać. – Wyrażał się... rozumiesz? On nie „mówił”, on się „wyrażał”... Można go było słuchać godzinami... To znaczy, pod warunkiem, że by przez te godziny... Ach...
Westchnęła nagle, gdy jego usta dosięgły jej brzucha. Miał zimne wargi, a mimo to poczuła nagłe ciepło.
Bez wysiłku odepchnęła go z powrotem na materac.
- On był taki... taki inny...
Młody chłopak parsknął sarkastycznie. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Hej, mała, „inny”? Kto według ciebie jest „inny”? Wyglądał jak pies, czy co? – roześmiał się nieprzyjemnie, lecz wcale jej to nie przeszkadzało.
Opuszkami palców o długich i ostro zakończonych paznokciach przejechała po swoich biodrach, płaskim brzuchu. Wyżej, wyżej aż do szyi. Delikatnie pomasowała wrażliwe miejsca za szpiczastymi uszami, odchylając przy tym głowę. Nie musiała patrzeć, jak chłopak ślini się na widok jej pozbawionych sierści, pełnych piersi o różowych sutkach.
Zawsze ją to zastanawiało. Nie, nie dlaczego przedstawiciele tego gatunku tak reagują na ten widok. Zastanawiało ją, czemu nie są jasnobeżowe. Skoro sierść była w kolorze piasku, to naturalną koleją rzeczy było...
Nie mogła się skupić, gdy tak ją całował. Wiedziała, że nie może go za często odpychać. Bardzo ją jednak korciło.
- Dziwna wóda – mruknęła, z niedostrzegalną irytacją sięgając do nocnego stolika. A przynajmniej do zniszczonego kawałka kartonu stolik udającego, na którym po kilku próbach udało jej się ustawić dwie butelki.
- Kobieto! Toż to jest wino! PRZEDWOJENNE! – zawołał z urazą, błyskawicznie odrywając się od przyjemności. W życiu nie chodziło przecież tylko o panienki.
Spojrzała na brudną etykietę z powątpiewaniem. Jakieś dawne wspomnienie uparcie chciało wydostać się na powierzchnię świadomości. Wychyliła duszkiem około jednej trzeciej zawartości przezroczystego szkła. Kilka kropel pociekło jej po podbródku.
Cieszyła się, że ten budynek nie ma dachu, i że może oglądać gwiazdy. Sufity miały swoje plusy, lecz były zdecydowanie mniej interesujące. Nawet gdy patrzyło się w nie kilka minut, nim „ciało”, jak zawsze określała w myśli Niepopromiennych, nie skończyło swej roboty. Czasem zapalało potem papierosa, śmierdzący kawałek papieru z jakimś brunatnym zielskiem w środku, czego szczerze nienawidziła.
Na szczęście Szybki Janek był... po prostu szybki, i nie miał tego wstrętnego zwyczaju.
Gdy już upewnił się, że nie zamierza rzucić butelką o ścianę, powrócił do tematu przewodniego tego spotkania.
- Ekhem.. czy tam.. ekhem, czy tam na dole też jesteś...?
1.
Pogładził Kotkę po głowie, niemalże z czułością. W końcu była jego dzieckiem... Nie. Jego uczniem... Nie. Jego tworem. Tak. Stworzył ją. Może od samego początku, gdyż jej wygląd musiał być dziełem tego przeklętego promieniowania, ale czuł się bogiem, gdy tak na nią patrzył. To jemu zawdzięczała... on ją odnalazł... koło... koło starego Gorzowa...
Pan S. skrzywił się lekko. Coraz trudniej przychodziło mu przekładanie myśli na słowa. Natychmiast jednak się opanował, bo oto do jego gabinetu wprowadzano kolejnego Handlarza przyłapanego na szwindlu, który nie wiedział nawet, że kumple już go wsypali za marne gorsze.
Starszy automatycznie wyprostował plecy. Jeden z jego pierścieni nieszczęśliwie zaplątał się w jej sierść i przypadkiem szarpnął mutantkę.
Nawet nie mruknęła. Tak ją sobie wycho... wytrenował.
Każdy inny człowiek na jego miejscu leżał by już teraz w kałuży własnej krwi i próbował gorączkowo łapać swoje wypływające jelita.
Poczuł dekadenckie zadowolenie, a przyprowadzony Handlarz przez chwilę wierzył, że to tylko rutynowa połajanka.
W końcu, Pan S. rzadko się uśmiechał pod nosem kiedy chodziło o sprawy poważne.
- Henry, Henry... – zaczął szef gildii niewolniczej i pokręcił pobłażliwie głową – Ile to lat już dla mnie pracujesz..?
- Dziewięć, Panie S. – odparł Henryk usłużnie, próbując nie patrzeć na kobietę siedzącą przy kolanach starszego mężczyzny.
- Ach, dziewięć.. Hmm, to już długo, Henry. Tym bardziej jestem zdumiony twoim.. twoim wybrykiem.
Henryk ‘Trzy palce’ nadstawił ucha.
- Przecież dobrze ci płacę, pozwalam.. bawić się.. z co starszymi niewolnicami i przymykam oko na pewne rezultaty z tego wynikające. – Pan S. gestem nakazał mu ciszę – Henry, Henry.. Przez ciebie straciłem tylko w tym miesiącu... już dwie służące. Nie wspominam już, ile posiniaczonych i skopanych musiałem odstawić do miasta... A ile nowych ty sprowadziłeś, hmm?
Handlarz chciał coś powiedzieć, ale szybko się powstrzymał, widząc że to pytanie należało do tych „retardadycznych”, w których tak szef się lubował. Nie należało na nie odpowiadać. Wręcz należało się zapaść po nich pod ziemię, oszczędzając sobie kłopotu z kopaniem własnego grobu.
- Henry, pragnę wierzyć, że zrozumiałeś swój błąd. Naprawdę. Że poprawisz się. Ze względu na stare dobre czasy... – mrugnął porozumiewawczo, wskazując na kobietę u swych stóp. – Weź ją sobie na dzisiaj i nie szalej więcej z innymi niewolnicami. A teraz idź. Kocica pokaże ci drogę.
Odetchnął z ulga, przygotowując już w myśli plan szybkiego urżnięcia się podłym trunkiem.
Mutantka, bosa lecz w skórzanej spódniczce i bawełnianej bluzce o trzy numery za małej, z wdziękiem wstała z podłogi i stanęła przy nim.
Kiedy już byli przy drzwiach, zerknęła kątem oka w stronę Pana S, chcąc upewnić się, że ma odprowadzić Handlarza do pokoju z linoleum.
Pan S. nie cierpiał plam krwi na swoich drogocennych dywanach.
A ona nie cierpiała, tych „ostatnich przysług”. By zmyć ten brud, nawet skażone morze za mało miało wody. Ale Pan, był panem.
4.
Usłyszała i rozpoznała jego głos. Serce zaczęło gwałtownie podchodzić do gardła.
Budynek był stary i zniszczony, gdyż nikt już nie zajmował się wznoszeniem tego typu konstrukcji ani ich renowacją. Pewnie nawet kiedyś okrywała go łuszcząca się farba. Teraz już nawet jej nie było. Nowa Republika Warszawy, po gwałtownym rozwoju, znów przeżywała lata nędzy i głodu.
Musiała się uspokoić. W końcu nie miała żadnej pewności, że ją pamięta. A tym bardziej, że zechce z nią wrócić do Okręgu i... i, zwilgotniały jej aż ręce.
Zrobiła kilka głębszych wdechów. Weszła do środka, omijając po drodze stertę szmat i jakieś zdechłe zwierzę. Ciemny korytarz nie stanowił problemu dla kocich źrenic. Problem stanowiły motylki w jej brzuchu.
Stał tam. Z aureolą słonecznych promieni przebijających się przez szpary desek którymi zabite były okna, i wyłomy w ścianach. Z uniesionymi dłońmi i lekkim uśmiechem na ustach.
Odprawiał kazanie. Syn szefa gildii niewolników był... kaznodzieją. W dodatku, stukniętym.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jedynym słuchaczem pana Michała, był pijak okryty gazetami, pochrapujący w kącie.
Poczuła, że uginają się pod nią nogi. Potem miał przyjść czas na rozpaczliwą wściekłość i dziką furię.
Czy Pan S. wiedział? Czy dlatego nie pozwolił..? Czy...
Miauknęła przeciągle, w jednym dźwięku zawierając całą swą boleść.
Mężczyzna który przestał się myć i golić pokolenie temu, dopiero teraz ja zauważył.
On także zawył. Ale ze strachu.
- Demonie precz! Szatana pomiocie! Zaklinam cię! Się nigdy nie ulęknę... ee, a rogi masz gdzie?
- Rogi? – absurd sytuacji na chwilę odjął paraliżujący nerwy ból.
- Tak tak tak, demony rogi mają. Tak tak tak tak. – z wielką skwapliwością pokiwał głową.
- Nie jestem demonem. Jestem Kotką. – westchnęła, czując że jest jej tu za duszno.
- A ogon? Ogon masz?
Tak, teraz nadchodził czas furii. Zdecydowanie dużymi krokami.
- Nie! Nie mam żadnego ogona! Jestem kotem, koty nie mają ogonów! – wrzasnęła i odwróciła się na pięcie by zaprezentować swój zgrabny tyłek. – Widz...?
Mężczyzna rzucił się na nią z kawałkiem stłuczonej butelki, którą wyciągnął spomiędzy fałdów szmat, gdy tylko się odwróciła. Jego wrzask ją uratował. No i nieludzki refleks.
Odruchowo chwyciła jego przegub, na chwilę przed tym, jak szkło miało wbić się w jej nerkę. Wyprowadziła cios drugą ręką w łokieć. Mężczyzna zdziwił się, nim zaczął wrzeszczeć z bólu. Dotąd jego łokieć nie zginał się w tę stronę.
Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby nagle do pomieszczenia nie wpadła starsza kobieta. Stanęła jak wryta. Ona także.
Kotka patrzyła wprost w najbłękitniejsze oczy pod słońcem. Potem przełknęła z trudem ślinę i odezwała się
- Nie zabiję go. Sama to będziesz musiała zrobić.
Największym wysiłkiem woli zmusiła się do ruszenia z miejsca. Przeszła obok wciąż nieruchomej kobiety, ukradkiem wdychając jej zapach. Wciąż specyficzny.
2.
Siedziała na piasku, próbując wyglądać na osobę zupełnie nie zainteresowaną rozmową mężczyzn. Miała w tym już niejaką wprawę. Część Handlarzy nie wiedziała nawet, czy mutanci rozumieją „ludzką mowę”. Czasem było to pożyteczne. Jak teraz, na przykład.
Mężczyźni, choć szeptem, rozmawiali na temat... pana Michała!
Tak długo czekała, by chociażby usłyszeć to imię z ust innych niż własne... Jakiś znak, że jednak nie zginął, że udało mu się gdzieś...
Usłyszała wołanie. Zerwała się z miejsca i błyskawicznie znalazła przy Panu S. Przyklękła jak zawsze, by mógł położyć swoją dłoń na jej głowie.
Pan S. właśnie kończył oprowadzać równie bogatego co tłustego, pana włości „Zakopane”. Był to kuzyn właściciela polskich obozów pracy, żartobliwie nazywanego ‘Panem Wielkiej Orkiestry’.
- Nowy towar – powiedział wskazując na wygłodzoną bandę, może sześcioletnich, dzieci.
Nie krył się nawet ze swoim chorym pożądaniem.
- Kotku, zorganizuj dla pana Osika jakąś.. rozrywkę. – Pan S. postukał w jej obrożę.
Przez chwilę nie mogła uwierzyć w wydany rozkaz.
Każdy skrawek jej ciała protestował przed tym okropieństwem. Każdy fragment duszy wzdragał się przed wykonaniem polecenia.
Dzieci stały ściśnięte, przerażone. Brudne i zmęczone długą i trudną podróżą. Jedna tylko dziewczynka patrzyła wprost w oczy Kotki z jakąś dziwną determinacją.
Może jej się zdawało, ale czyż nie miała ona jasnoniebieskich oczu...? Czy nie widziała już jej gdzieś wcześniej? Dużo, dużo wcześniej..?
Ręka Pana S. na krótką chwilę mocno zacisnęła się na obroży, podduszając lekko kobietę, zmuszając do posłuszeństwa.
Kotka przytaknęła ostrożnym ruchem głowy. Zmusiła się do przełknięcia śliny, nim wrzasnęła na całe gardło
- UCIEKAJCIE! SZYBKO!
Dzieci się nie wahały. Kotka przewidziała miejsce. Niepojęty instynkt przeżycia pchnął je do szukania dróg ucieczki dokładnie tam. Nie przeciągnęła się. Chciała zakończyć to jak najszybciej. Żadnego teatru.
- Co się dzieje?!! Co się kurwa...
Grubas panikował, ale Pan S. miał wszystko pod kontrolą.
Ona nie musiała się martwić o polityczne i ekonomiczne następstwa decyzji Pana.
Musiała tylko martwić się, czy te zaskoczone, pełne bólu spojrzenia, czy te niewinne twarze masakrowane pod jej pazurami i wciąż wznoszące się krzyki mordowanych, dadzą jej dzisiaj zasnąć. Czy dadzą jej zasnąć w ogóle.
6.
- Wiesz, znałam kiedyś mężczyznę... Mówili na niego Pan S. „Pan Syn s Suki”. Zabawne, nie wiem dlaczego... Myślisz, że jak mnie nazwą?
- Fajny lakier.
- To nie lakier. To słodycz życia – roześmiała się, zlizując zeschniętą krew z pazurków. – Ale na serio, jak myślisz? Jakim Panem będę ja?
skomentuj (1)
opowiadanie.
Początek.
Znaleźliśmy ją z ojcem jakieś trzydzieści zachodów słońca temu. Pachniała specyficznie.
Trudno mi określić jej wiek, może coś około lat dwudziestu... nie wyglądała doprawdy na starszą. Na doświadczoną życiem, jak powiedział ojciec, ale nie na starszą.
Co od razu rzuciło mi się w oczy, to to, że miała głowę ogoloną na łyso. Później zapytałam czemu, a ona odpowiedziała, że wszystkie dziwki muszą golić głowy na łyso, bo mogą się zarazić wszami, a dezynfekcja w obozie pracy nie jest czymś przyjemnym. Zapytałam najpierw, co to jest „dziwka”, ale chyba nie uwierzyła mi, że nie wiem. Chyba się nawet wtedy po raz pierwszy zirytowała. Zapytałam o owe „wszy”, ale nie umiała mi tego pojęcia wyjaśnić. Nie za dobrze posługuje się naszym językiem. Ojciec mówi, że musi ona pochodzić z bardzo dalekiego południa. Spytałam jeszcze o dezynfekcję i obozy. Odpowiedziała, że nie chciałabym wiedzieć, więc nie wiem.
Zdaje się, że nie przeszkadza jej mój wygląd.
Była bardzo pobita gdy ją znaleźliśmy. Powiedziała, że to przez to, iż nie chciała uszczęśliwić mężczyzny, który ją prowadził ku morzu. Ona tak bardzo chciała zobaczyć morze... Nie wiem czemu. Czy ludzie na południu nie mają morza? Ojciec mówi, że chyba nie. Ja z kolei chciałabym zobaczyć te duże trójkąty których ona nie umiała określić słowem, więc narysowała palcem w powietrzu. Coraz lepiej jej szło z mówieniem i żałuję, że odeszła. Powiedziała, że to konieczne. Że naraża nas na niebezpieczeństwo.
Rozwinięcie.
Dwanaście wschodów słońca temu, zobaczyłam ją przypadkiem w towarzystwie pana Michała. Poznałam, że to ona, chociaż miała na sobie całkiem ładną sukienkę, no i nie była taka brudna i posiniaczona. U nikogo innego nie widziałam wcześniej tak niebieskich oczu. Chyba pan Michał też nie, bo szedł wpatrzony w nią, jak w obrazek.
Ojciec mówi, że jego dziadek opowiadał mu kiedyś o „lodzie”. Czysto błękitnym krysztale, niezwykle cennym ze względu na właściwości. Podobno „lód” najpierw był zimny i twardy, a potem naśladował wodę. Prawdziwą wodę, nie tę którą teraz pijemy, a już na pewno nie taką w której się myjemy. Myślę, że gdybym nie zobaczyła jej oczu, nie potrafiłabym sobie wyobrazić „lodu”.
Jak na osobę słabo rozumiejącą nasz język, zadawała ona dużo pytać. Musiałam jej opowiedzieć, czemu w naszej wiosce nie ma kobiet i młodych mężczyzn. Najlepiej jak umiałam, nakreśliłam jej Panów Okręgu Trójmiasta. Słuchała skupiona w milczeniu, niezbyt dobrze ukrywając grymas obrzydzenia. Dopiero gdy mimochodem wspomniałam o panu Michale, synu Pana S. wydała się być autentycznie zaciekawiona. Ucieszyło mnie to, gdyż bardzo lubiłam opowiadać o panu Michale. Byłam jego cichą wielbicielką. Cichą, bo ojciec zupełnie zdawał się tego nie pochwalać. Owszem, on również czuł respekt przed mądrością pana Michała i nie raz po pijaku wymknęło mu się, iż byłby on lepszym Panem od Pana S, ale i tak niezbyt go lubił. Powtarzał, że „pewnie to łotr taki sam jak jego tatuś, jeszcze tylko o tym nie wie” i takie tam, bardzo niesprawiedliwe moim zdaniem, rzeczy. Jak dla mnie, to pan Michał był najmądrzejszym człowiekiem na świecie, chociaż niezbyt dobrze umiał polować na żabokróliki. Umiał przecież czytać! Ona zapytała skąd to wiem, więc wyjaśniłam, że syn naszego Pana pobierał nauki w Schronie Trzysta Trzy, i przeczytał tyyyyle (rozciągnęłam ramiona by pokazać jej jak dużo) książek przeczytał. Zdawała się nie mieć pojęcia o Schronie, ale uwierzyła mi na słowo. Powiedziała ponadto, że ona też umie czytać. Nie miałam jednak w życiu żadnej książki, więc nie mogła tego udowodnić. Nawet jeśli jakąś bym miała, to nie sprawdziłabym w żaden sposób, czy ona nie blefuje.
Na opowieściach zeszło nam dużo czasu. Na polowania wychodziłam tylko o świcie, gdy jeszcze spała. Nie chciałam, by widziała jak tropię i zabijam. Może jej moja mutacja nie przeszkadzała, ale ja wciąż odczuwałam pewien wstyd i niezręczność przed Niepopromiennymi.
Szybko zaczęło być krucho z żywnością. Szczególnie, że wielkimi krokami zbliżał się termin płacenia podatku. Gdyby ojcu się nie poszczęściło z tym stadem, zapewne musielibyśmy sobie szukać gdzie indziej dachu nad głową. Osobiście myślę, że to bardzo miło ze strony Pana S, że pozwala nam mieszkać w tej gliniance za 30 skór miesięcznie.
Kiedy dowiedziała się, iż przybędą tu za kilka wschodów Handlarze, wpadła w popłoch. Zaczęła coś mówić o ponownej niewoli, zabójstwie i wielkich kłopotach. Na drugi dzień już jej nie było. Zostawiła jakiś kawałek zmiętej kartki, zabazgrany drobnym szlaczkiem. Chyba zapomniała, że nie umiemy czytać.
Sukienka podkreślała kolor jej oczu i eksponowała wybrzuszenia na klatce piersiowej. Chyba wtedy pierwszy raz poczułam „zazdrość”.
Szła blisko pana Michała, uśmiechając się półgębkiem. Wyglądała na zadowoloną. Chyba w końcu widziała to swoje morze.
Trzy zachody później, po zapadnięciu zmroku pojawiła się w drzwiach naszego domu. Miała kurtkę z kapturem naciągniętym na głowę i gdyby nie jej oczy, w ogóle bym jej nie poznała.
Powiedziała, że rozmawiała z panem Michałem na temat jej pobratymców w obozach pracy i że obiecał jej pomoc. Kiedy zapytałam, jakim cudem uniknęła Zakładów Krawieckich Pana S, zagryzła wargi. Powiedziała, że moje siostry, żony i matki nie tylko szyją ubrania i pancerze dla Handlarzy. Nie za bardzo rozumiałam co ma na myśli, lecz nie chciała mi więcej ponad to mówić. Stwierdziła, że jestem za młoda, i że moje marzenie, by zostać Handlarzem, nie jest dobrym pomysłem.
Przyniosła w sakiewce dziwnie wyglądające, okrągłe przedmioty z jakiegoś metalu. Powiedziała, że mogą nam się kiedyś przydać, gdy nie będziemy mieli jak zapłacić podatku. To miało być jej podziękowanie za okazaną pomoc, wtedy na pustkowiach.
Żegnając się, powiedziała, że od teraz będzie inaczej, lepiej. Że pan Michał nam wszystkim pomoże.
Machałam ręką tak długo, aż nie zniknęła w ruinach miasta. Miałam mieszane uczucia. Mój instynkt podpowiadał mi, że dobrze nie będzie. Jeszcze nigdy się nie mylił.
Wczoraj wieczorem pojawiła się u nas ponownie, w wytartych jeansach, kurtce z kapturem i z ciężkim plecakiem na plecach. W odległości kilku stóp dojrzałem jeszcze drugą, zakapturzoną postać. Ona jednak wepchnęła mnie do mieszkania. Wyglądała na przestraszoną, a jednocześnie na bardzo zdeterminowaną.
Poprosiła mnie o „pieniądze”, te małe płaskie kamyki, które przyniosła wcześniej. Przeprosiła, i powiedziała, że teraz będą jej bardzo potrzebne.
Wzruszyłam ramionami i oddałam jej sakiewkę. Wciąż miałam wątpliwości, czy Handlarze zadowolili by się tymi „pieniędzami” zamiast skór.
Uściskała mnie, a ja byłam zbyt zaskoczony by w jakiś sposób zareagować. Miała chyba łzy w oczach, więc zapytałam co się stało. Odpowiedziała, że wraz z panem Michałem poszli do jego ojca, by powiedzieć o obozach pracy na Łysej Polanie i poprosić o pomoc w wyzwoleniu ludzi tam przetrzymywanych. Pan S. się tylko roześmiał i odparł, że doskonale zna Jerzego Osika, zarządcę tego miejsca, gdyż od wielu lat prowadzi z nim interesy.
Zapytałam co to znaczy.
„To znaczy, że ja i Michał musimy uciekać.” powiedziała przez zaciśnięte zęby, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.
Odwróciłam się i ujrzałam ojca. Podszedł do niej z zawiniątkiem w ręku. Zamarłam. Doskonale wiedziałam, co trzyma. Nie mogłam tylko w to wszystko uwierzyć.
„Weź. Przyda wam się.” powiedział bardzo zmęczonym głosem. Chciałam zaprotestować, ale uciszył mnie wzrokiem.
Pozbywał się jedynej pamiątki po dziadku. Pamiątki, która wędrowała w naszej rodzinie od pokoleń, „z ojca na syna”.
Delikatnie rozwinęła pakunek i szybko, z zaskoczeniem, uniosła wzrok na starego człowieka.
„Ale..” chciała coś powiedzieć, jednak jej przerwał
„Mam nadzieje, że tu wrócicie kiedyś. Że zdołacie coś zmienić. Że zobaczę jeszcze swoją żonę przed śmiercią.” jego głos zabrzmiał bardzo chrapliwie. „Dzięki temu przynajmniej się nie zgubicie. Idźcie już, światło dnia nie sprzyja uciekinierom.”
Zaproponowałam, że odprowadzę ich do Wielkich Płotów. Wątpiłam, by chcieli wyjść poza oficjalne terytorium Okręgu Trójmiasta drogą oficjalną. Zgodziła się i po chwili byliśmy w drodze.
Czułam, że się waha w jakiejś sprawie. Kiedy stanęliśmy na drugim skraju Martwego Lasu, skąd mieli już podróżować we dwójkę, niebieskooka uściskała mnie ponownie, a pan Michał poklepał po głowie.
Dziwne uczucia we mnie narastały z każdą chwila.
Po raz kolejny patrzyłam jak odchodzi. Miałam na nadzieję, że nie po raz ostatni. Zabierała przecież cząstkę mnie. Stary kompas dziadka.
Zakończenie.
Pan S. się wściekł. Listy gończe z wizerunkiem syna i niebieskookiej rozesłał w trzy strony świata.
Znalazł się ktoś, kto widział poszukiwanych tuż przed ich ucieczką. W naszej gliniance.
Ojca rozstrzelali na miejscu. Nim to jednak zrobili, przyprowadzili moją matkę.
Nie potrafię o tym mówić, choć zmusili mnie, bym „lekcję” dokładnie sobie zapamiętała.
Na mnie już nie zamierzali marnować kul. Błagałam na kolanach, by chociaż poderżnęli mi gardło.
Nie zrobili ze mnie również niewolnika. Zamiast tego, wylądowałam w „podziemiu” Handlarzy.
Wciąż pamiętam jej zapach. Wydaje mi się, że potrafię ją odnaleźć. Pan S. też tak myśli. Karmi mnie całkiem dobrze i nie bije do nieprzytomności.
Chyba chce, bym ją zabiła.
Nazywa mnie swoim kociakiem.
Czy to oznacza, że zrobi mnie Handlarzem?
To by było fajne...
Może pan Michał...
skomentuj (4)
48.
Przydreptał dzisiaj jamnol na swych krótkich czterech łapkach i stwierdził "dość opierdalania się, jest robota". Więc dość.
I tak już dawno zeżarłam gwoździe (niedobór żelaza) od tej trumny, więc zostało mi jedynie podźwignięcie klapy. (Fafik pragnie w tym miejscu nadmienić, że miał znaczący udział w odkopywaniu moich zwłok. Niech mu będzie, że miał.)
Parę godzin później, gdy to już słońce miało się ku.. no, ten, no... jakiś kierunek... eh, w każdym bądź razie, gdy słońce znikało już za tą wielką kupą piachu i raidersowskich szczątek (z małym krzaczkiem po lewej), dotarłam do Shamo.
Hmm. Nie powiem, żebym nie liczyła na jakieś wiwaty, czy coś. Fakt, że byłam przygotowana na kilka "przypadkowych" kul, też wcale mnie nie przygotował na przyjęcie powitalne. A raczej na jego znaczący brak. Brak silnie doskwierający.
Po wielu wielu wielu dniach na pustkowiach, człowiek podświadomie zaczyna szukać źródła jakiegokolwiek dźwięku. Nasze zacne miasto zawsze takowych dostarczało, dlatego panująca cisza, była tym bardziej krew ścinająca. Nic. Nawet beknięcia czy trzasku kości w Klatce.
Psi pierd zabrzmiał niczym huk dubeltówki, potęgując nastrój grozy.
Zdziwiona na tyle by nie myśleć o przeszukaniu mieszkań w celach powszechnie znanych, dowlokłam się do bu.. baru. I tam, o zgrozo! Apokalipsa. Tragedia, kataklizm, katastrofa i brak mleka. Wszyscy mieszkańcy, niczym worki z ziemniakami, porozrzucani dookoła. I ani węchu alkoholu!
Kopnęłam przezornie jednego (sorry Wolv...) i upuściłam, niechcący, coś na innego (Grigorij, zachowaj zimną krew, jestem dziewczyną! Aaaa! To było NIECHCĄCY!), ale.. zero reakcji. Tzn. no prawie żadnej. Bo ten dziki uśmiech to na twarzach gościł już przed moimi wejściem smoka (co prawda drzwi od bu.. baru dawno już jakiś dowcipniś wykopał w kosmos, ale i tak byłam kul zamiatając podłogę swoim przydługim płaszczem ze skóry geckona) (NIE JESTEM MAŁA!).
Dziwne. Co prawda słyszałam że można się po.. popuścić w spodnie ze śmiechu, ale żeby.. Horror.
Nieoczekiwanie, zza lady wyłonił się Tajemniczy Nieznajomy, przerywając tym samym moje nieudolne próby myślenia, a co za tym idzie - wyjaśnienia w sposób logiczny całego zajścia.
"Yyyyy?" zapytałam oględnie, machnąwszy łapą dookoła.
"Chalo! Na kolana przed Najwyrzszym Kapłanem, członkiem bractwa centrologów!" zawołał z miną urodzonego wojownika, co to nawet mówić umie z błędami ortograficznymi.
Mama uczyła, że nie klęka się przed Obcym, póki nie pokaże kasy, więc tylko pokazałam mu środkowym palcem, że pewnie, też uważam że jest numerem jeden.
"Wstyd sie!" odripostował zręcznie.
I nawet gdybym chciała, to raczej nie wiedziała bym jak. Ale przejdźmy do meritum.
"Co ty za jeden? I czemu wszyscy tak leżą??"
"Ogulnie to.. jestem Krwawy Nekromanta z KONINA W WIELKOPOLSCE. lubie FALLOUTY I CHCĘ POMAGAĆ WAM MAM PARE POMYSŁÓW." odparł Nieznajomy.
Zabrakło mi tylko "joł" na końcu wypowiedzi. No ale. Nie można mieć wszystkiego.
"No dobra, ale co im zrobiłeś??" zapytałam, posyłając jamnikowi tajne znaki.
"Sami sataniści tutaj są no może nie sami ale wielu to jak nie wyznaje szatana to albo wyznawcy apokalipsy albo dzieci katedry albo hubologiści albo jakaś inna sekta." pomachał znacząco duuuużym pistoletem, dodając "Za technologie!"
"Technologię? Jesteś Technikiem?" zainteresowałam się nagle. Nie można od razu zabijać potencjalnego źródła dochodów, nie?
"Wymyśliłem paliwo z roslin i alkocholu!" Krwawy pochwalił się, mrugając znacząco. "I wiem co to noktowizor!"
Przesunęłam się kilka centymetrów w stronę leżącej Kelnerki Katji, przy której zauważyłam jej "osobiste cacuszko". Miałam nadzieje, że jest naładowane.
"Noktowizor to takie orulary zielone!" Krwawy zaczął coś dłubać w zębach, wyraźnie zadowolony z poziomu własnej wiedzy.
...
M15A4 RIS było naładowane. I cudownie zagrało marsza.
A happy end? Niestety, społeczność shamowska uodporniona nie tylko na takie idiotyzmy, więc szybko wróciła do zdrowia. A imprezy powitalnej i tak nie miałam. Technik Czecho obchodził któreśsechletnie urodziny, wrócił Skryba Cervantes i.. pić trzeci tydzień z rzędu jest troche niebezpiecznie. Fiolet zostaje na zębach.
skomentuj (7)
47.
Nikt, kto nigdy nie przeżył choćby dnia na postnuklearnej pustyni ze wszystkimi jej atrakcjami (a wielu jest takich, dlatego wciąż spotyka się szkielety w uniformach listonoszów), nie wyobraża sobie nawet, jak TRUDNO jest chorować.
Tak, tak, niby łatwo wpaść na taki napromieniowany kawałek.. czegoś, w jakimś, powiedzmy, zrujnowanym kościele, i potem żygać pod wiatr własnymi wnętrznościami, ale przecież tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi.
Chodzi o to, by móc spokojnie położyć się do łóżka, a nie od razu do trumny, z temperaturą w granicach 40 stopni. Bez jedynki na przedzie.
By, kaszląc średnio co 7 minut, nie obryzgiwać wszystkiego ciemnobrunatną krwią czy gęstą, żółtą wydzieliną.
By z nosa wydobywać kilogramy zielonobiałego śluzu (który bez problemu da się rozciągnąć pomiędzy palcami), a nie próbki własnego mózgu. Mózg to fajna rzecz do oglądania, ale tylko wtedy, gdy nie jest nasza. Naprawdę.
Tak więc, mówię, naprawdę trudno tutaj o uczciwą chorobę. Czytałam, że kiedyś ludzie mieli grypę, dżumę, malarię... a teraz? Średnio, mieszkaniec pustkowi, nim zdąży zachorować, to już albo piach przeżuwa (podobno dobry na szkliwo), albo ma Odporność na 300% i tylko Bozarem można go posmyrać, co przecież pod chorobę się nie zalicza. (Chociaż Szef Kazul mówi, że na kule ma alergię).
Nosz w mordę. Ale ja to jestem zdolna, i musiałam, po prostu musiałam, zachorować. No ale. Hiob podobno też miał przerąbane, nim w końcu niebiosa zesłały mu stado brahminek, żonkę i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu. (Skryba DoPr nie wyjaśnił mi tylko, kto to był ten Hiob i czemu "żonka" miałaby go uszczęśliwić. Mama Obsy jeszcze nie rozmawiała ze mną na temat uszczęśliwiania mężów, stąd pewnie ma niewiedza. Powracając do tematu)
Nie ciesze się tym faktem tak, jak myślałam, że będę się cieszyć. (Mam tylko nadzieję, że też dostanę stado brahminek i kilka tuzinów niewolników do zapierniczania na polu.) (Tak przy okazji, kogo mieli by zapierniczać na tym polu?)
Oczywiście "dla mojego dobra" jest ten cały pomysł z kwarantanną. A to, że mnie nie karmią już trzeci dzień, świadczy tylko o tym, że nie chcą by mi coś zaszkodziło. Zarazić się podobno nie boją.
No nic. Jeśli nie umrę z głodu i pragnienia w tym pudle zakopana gdzieś na pustkowiach, to będę miała do pogadania z kilkoma osobami.
skomentuj (1)
46.
Śnieg, nawet ten zielony, ma to do siebie, że bardzo ładnie ukrywa ślady krwi. No i trupów nie trzeba w pośpiechu chować. Temperatura nie pozwala im zacząć cuchnąć, a i na barykady się nadają po skostnieniu.
Dobrze się więc złożyło, że ostatnio często owy śnieg pada. Czemu? Ha! Mamy nie tylko ataki Raidersów! W Shamo przemoc zaczyna zastępować dyplomację. Czy jakoś tak. Wszyscy się tłuką ^__^
Nie wiem od czego zacząć. Bo w sumie to, iż ulepiliśmy ładnego bałwana który nocą oświetla podwórko - to też ważna sprawa. Przynajmniej już nie ma usprawiedliwienia dla strzelców z dzielnicy Nowej Warszawy, że strzelają w przechodniów (i o zwrot amunicji potem jeszcze bezczelnie proszą), bo nie mają na czym "oka potestować". No i od bałwanów (przynajmniej tych ze śniegu) kule się nie odbijają i nie ma rykoszetów. Strzelcy z Nowej Warszawy jak nie strzelają, to się naszywają w celu utworzenia Oficjalnych Sił Zbrojnych Shamo. Czy coś takiego.
Jak na razie, to nie widziałam ich w akcji, a obrona Shamo była więcej niż potrzebna. Co się stało? Ano, napadły na nas niezidentyfikowane obiekty (bynajmniej nie latające. Jeszcze.) z 'krain' na "K". Czemu? "Bo zupa była za słona". A przesolił ją Doc i mum zwana Obsydianem. Na front oczywiście zaraz wkroczył Wojskowy Gerard Heime, któremu umiejętności strzeleckie dorównują tym.. no.. ee.. tego... O boże, po prostu zagadał ich na śmierć, na temat broni. Widać, że broń bywa zabójcza nawet gdy nie ma spustu (lub zawleczki).
Część społeczności w tym czasie (staropolskim obyczajem) zajęta była prowokowaniem siebie nazwajem do bardziej i mniej krwawych potyczek, dotyczących ogólnego wyglądu wizualnego paszportów, że tak się wyrażę. A zaczęło się jak zwykle. Przez babę! (pozdrowienia dla tego przedstawiciela gatunku udoskonalonego ewolucyjnie).
Poza tym, odżyły stare spory dotyczące piractwa (niestety nie drogowego, więc niezbyt ciekawego ze względu podwyższania poprzeczki śmiertelności wśród różnych.. em, co to ja? ach tak).
Chyba ten śnieg, to ma jakieś pierwiastki agresywności w sobie. Muszę przestać dodawać go to wody pitnej miasta. Nawet Technicy z działu Trinity zaczęli pokazywać ząbki. Ale co ja się tam znam. Jestem mała i mam jajnika uważającego się za nowe wcielenie Stalina.
Kto w ogóle słyszał o jakimś tam Stalinie?
Gir! To jest ktoś!
skomentuj (1)
45.
Świat według Fafika.
1. Pierwszego dnia Bóg stworzył Jamnika.
2. Drugiego dnia Bóg stworzył człowieka, żeby rozpieszczał Jamnika.
3. Trzeciego dnia Bóg stworzył wszystkie zwierzęta, aby Jamnik miał za czym biegać.
4. Czwartego dnia Bóg stworzył pracę, żeby człowiek wychodził regularnie z domu, a Jamnik mógł swobodnie po nim buszować.
5. Piątego dnia Bóg stworzył piłkę tenisową, żeby Jamnik mógł ją aportować albo i nie.
6. Szóstego dnia Bóg stworzył weterynarza, żeby Jamnik był zdrowy, a człowiek ubogi.
7. Siódmego dnia Bóg chciał odpocząć, ale musiał wziąć Jamnika na spacer.
skomentuj (5)
44.
Z pamiętnika babci, słów kilka o jej dziadku:
"Wnuk pyta się dziadka:
- Dziadku gdzie by tu najlepiej spędzić wakacje?
- Jedź do Kijowa.
- Jak to do Kijowa, dlaczego?
- Słuchaj. Wchodzisz do sklepu, bierzesz, co chcesz, wychodzisz i nic ci nie robią. Idziesz sobie ulicą, widzisz typa, który ci się nie podoba, podchodzisz, lejesz go i nic ci nie robią. Chcesz sobie zaruchać to wyrywasz panienkę, robisz, co trzeba, nawet na ławce i nic ci nie robią.
Wnuk poszedł, kupił bilet do Kijowa i pojechał. Wchodzi do sklepu, wziął, co chciał, wychodzi, sklepała go ochrona. Wkurzony idzie ulicą, widzi jakiegoś typa i postanowił mu dojebać, ale tak się zdarzyło, że typ sklepał go z kumplami. Idzie cały poobijany i myśli "Może z panną mi się uda...".
Zobaczył jakąś panienke, zaciągnął ją w krzaki, zrobił co trzeba, ale dorwali go gliniarze wsadzili na dołek i spuścili nieziemskie manto.
Pobity, wkurwiony na maxa wraca do domu. Idzie do dziadka i mówi:
- Ale żeś mnie dziadek w kanał wpuścił. No niby w tym Kijowie to tak zajebiście ma być? Wszedłem do sklepu, wziąłem, co chciałem i jakieś karki z ochrony mnie sklepały. Chciałem najebać typowi to mnie oprawił z kumplami. Zerżnąłem panienkę i też mnie na dołku pobili.
A dziadek na to wszystko.
- A z kim byłeś?
- No z ORBISem.
- No widzsz, a ja z Wermachtem..."
skomentuj (1)
|